Pod koniec marca Egmont uraczył nas m.in. piątym tomem serii BATMAN pióra Chipa Zdarsky'ego. Twórcy, który swoimi kontrowersyjnymi, zakręconymi i szalonymi pomysłami mocno namieszał w życiu Człowieka-Nietoperza, a zaproponowane przez niego pomysły były niejednokrotnie ciężkie do przetrawienia dla statystycznego czytelnika. Było do tej pory mocno oryginalnie, bardzo pomysłowo, widowiskowo i widać, że scenarzysta miał wypracowaną konkretną wizję/plan, ale te jak łatwo zgadnąć trafiły do wąskiej grupy odbiorców, zaś miłośnicy bardziej klasycznych, krótszych historii z udziałem Batmana, a już w ogóle bat-detektywa, czuli się mało komfortowo. Po słabym i rozczarowującym na wielu polach czwartym wydaniu zbiorczym, trudno było zmusić się do lektury piątej odsłony, ale jak już coś zacząłem, to warto byłoby to skończyć i przekonać się, w jaki sposób Zdarsky wspólnie z Jimenezem dociągnęli do końca ten wózek z napisem Failsafe/Zur-En-Arrh.
Batman powraca, aby raz na zawsze rozprawić się ze złem panującym w jego ukochanym Gotham City. Tyle tylko, że nie jest to znany nam Mroczny Rycerz, a Failsafe/Zur-En-Arrh, który werbuje w swoje szeregi Damiana Wayne i próbuje przekonać również pozostałych członków bat-rodziny, że jest jedynym i prawdziwym Bruce'em, który przesłał swoją świadomość do ciała robota. Bezskutecznie. Tymczasem Wayne'owi udaje się uciec z więzienia i uzbrojony w nowy strój, ze wsparciem swoich bliskich oraz z ryzykownym planem staje do decydującego starcia z przeciwnikiem, który od dłuższego czasu uprzykrzał mu życie.
Można śmiało napisać - Uff, wreszcie dotarliśmy do końca tej niełatwej przeprawy, gdzie momentami scenarzysta ostro popłynął, gdzie miało być epicko, i gdzie absurd potrafił gonić absurd. Ale przynajmniej na nudę nie można było w żadnym przypadku narzekać. Nie powinno być żadnym zaskoczeniem, iż ktoś tak sprytny jak Bruce uwalnia się w końcu z więzienia, do którego trafił pod koniec #141. Nasz bohater przyznaje się oficjalnie do błędu, jakimi było podzielenie na początku swojej kariery umysłu na dwie części, a inną niefortunną decyzją było stworzenie zabezpieczenia w postaci Failsafe'a. Uczynienie z Wayne'a prawdziwego złego tej opowieści i w sumie tak naprawdę winowajcę całego zamieszania jest moim zdaniem słabym posunięciem, a już wielkim nieporozumieniem jest wplecenie w cały ten wątek na siłę Jokera, który pasuje tutaj jak pięść do nosa. W każdym razie Zdarsky dostarcza nam szczegółowe wyjaśnienie tego, w jakich okolicznościach, dlaczego i przez kogo dochodzi do oddzielenia obu osobowości zamieszkujących umysł Bruce'a, a tym samym wypuszczenie "na wolność" Zur-En-Arrha. Wszystkie elementy układanki zaczęły - na ile w tak szalonym runie jest to możliwe - do siebie w miarę logicznie pasować i można przez to lepiej zrozumieć zamysł, jaki od początku, czyli od zeszytu 125 kierował scenarzystą. Dobro wygrywa, zło przegrywa, a rodzina znów jest w komplecie. Batman znów okazał się mistrzem planowania, wyprzedzając z uśmiechem na twarzy o krok swojego przeciwnika, przez co Failsafe zostaje pokonany, a widowiskowo narysowany finał również czytelnik kończy zadowolony.
W ramach epilogu dostajemy dla równowagi spokojniejszy, bardziej emocjonalny i potrafiący momentami chwycić za serce zeszyt poświęcony na relacji Bruce'a ze swoim klonem, a także podkreślający raz jeszcze, jak ważna w życiu głównego bohatera jest rodzina. Bardzo dobry one-shot porządkujący jedne sprawy, a także przygotowujący grunt pod przyszłe wydarzenia/nowy rozdział w życiu całej bat-rodziny.
Siłą napędową tego tomu, jak i całej serii, jest po raz kolejny Hiszpański wirtuoz Jorge Jimenez, który gra tutaj pierwsze skrzypce i to jego nazwisko stanowi magnes przyciągający mnie (i zgaduje, że nie tylko mnie) do sięgania po kolejne odsłony BATMANA. Wspomniany artysta tradycyjnie daje się z siebie to, co najlepsze, a jego mangowy styl idealnie współgra ze światem Mrocznego Rycerza, zarówno w tych widowiskowych i dynamicznych, jak i nieco spokojniejszych scenach. Podziwianie efektów pracy Jimeneza to dla mnie czysta przyjemność, zwłaszcza że z każdym kolejnym projektem wspina się na wyższy poziom i wyciąga z rękawa kolejne innowacyjne rozwiązania, jakimi zaskakuje czytelnika. W aktualnie ukazującym się w USA batmanowym runie pisanym przez Matta Fractiona robi jeszcze lepszą robotę.
Epilog oraz kilka back-upów przypadło w udziale gościnnym rysownikom na czele z Michele Bandini. Spisali się oni dobrze, na miarę swoich możliwości, proponując bardzo przystępne ilustracje, które odpowiednio umiejscowione nie zaburzały w żadnym wypadku spójności/jednolitości szaty graficznej głównego wątku.
Nie był to jakiś powalający na kolana i zachwycający fabularnie komiks, ale uczciwie patrząc nie można odmówić Zdarsky'emu, że dosyć sprawnie, ciekawie i o dziwo nawet satysfakcjonująco zakończył ten ciągnący się od wielu miesięcy, pełen wzlotów i upadków, mniejszych lub większych głupotek wątek skupiony na Failsafe'ie i Batmanie Zur-En-Arrh. Chip Zdarsky interesująco i z wielkim przytupem rozpoczął swoją przygodę z serią BATMAN, następnie zarzucił mnie dużą ilością ambitnej, ale jednocześnie pokręconej i absurdalnej treści, która w większości nie przypadła mi do gustu, a teraz zamknął wszystko naprawdę udaną klamrą. I tak właśnie całość zapamiętam. Jeśli dotrwaliście do tego momentu i nie zrezygnowaliście po drodze ze śledzenia omawianego ongoingu, to być może tak jak ja będziecie zadowoleni z tego, co mają do zaoferowania MROCZNE WIĘZIENIA.
Teraz seria BATMAN uwikłana będzie w event ABSOLUTE POWER/WŁADZA ABSOLUTNA, a zaraz po nim dostaniemy bonusowo jeszcze jeden, finałowy story arc duetu Zdarksy & Jimenez, który ukaże się już z jedynką na grzbiecie i w ramach inicjatywy DC All In.
-----------------------------------------------------
Komiks otrzymany do recenzji od wydawcy, który nie miał wpływu na powyższą opinię.
Piąty tom BATMANA kupicie w sklepie Egmontu lub na ATOM Comics.
Opisywane wydanie zawiera materiał z oryginalnych komiksów BATMAN v3 #145 - 149.
Autor: Dawid Scheibe




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz