Władza absolutna, czyli crossover bez wyrazu
Egmont w maju wypuścił trzeci, finałowy tom Władzy absolutnej, eventu mającego prowadzić do zupełnie nowej inicjatywy o nazwie DC All-In. W niej znajduje się jednocześnie uniwersum Absolute, do którego teoretycznie event prowadzi. Teoretycznie, bowiem brak jego znajomości zupełnie nie wpływa na odbiór nowego świata w DC.
Pierwsze dwa tomy serii wypadły wyjątkowo średnio, stąd trudno mi było zasiąść do lektury Finałowego starcia. W nim poznajemy dalsze losy superbohaterów. Amanda Waller więzi ich na wyspie Gamorra, po jej stronie staje Oliver Queen, a superbohaterowie pozbawieni mocy próbują ją powstrzymać. Szefowa dawnego ARGUS ma na świecie status zbrodniarki wojennej, a za plecami ONZ planuje otworzyć swój świat na multiwersum, w celu całkowitego unicestwienia herosów.
Jak do tej pory bywało, jest bardzo nierówno. Tom składa się z jedenastu zeszytów, z czego tylko kilka należy do głównego eventu. Całość wypakowana jest tie-inami, które w ostatecznym rozrachunku wypadają ciekawiej, niż główna historia. Redaktorzy komiksu postanowili także wpleść historię poprzedzającą, w której czytamy o początkach Amandy Waller i poznajemy jej motywacje. Fabuła ma za zadanie nakreślić nam, dlaczego postanowiła podążyć właśnie tą drogą. Mnie jednak te trzy zeszyty nie dały odczucia żalu wobec Waller, a co najwyżej zwykłego zagubienia tej postaci.
Jak to też zawsze z tego typu wydarzeniami bywa, i tak wszystko sprowadza się do finałowej walki, której wynik możemy zakładać od początku. Po raz kolejny DC tworzy swój „kryzys”, ale bez tego uniwersalnego już słowa w tytule, zapowiadając ogromne zmiany. Jedyne co się faktycznie zmienia to powrót Ligi Sprawiedliwości ze swoją nową serią, choć i do tego nie potrzeba było eventu.
Całość jest napompowana tie-inami, które wypadają znacznie lepiej. Są to serie Wonder Woman, Green Arrow i Green Lantern. Szkoda tylko, że Egmont nie pokusił się o wydanie ich w języku polskim. O ile w poprzednich częściach eventu komiksy o Supermanie czy Batmanie pochodziły z ongoingów wydawanych na naszym rynku, tak te są powyrywane mocno z kontekstu. I choć ciekawie nabudowują bohaterów i ich motywacje, dają mocny niedosyt. Skądinąd nadal nie rozumiem, czemu Egmont jeszcze nie wydał ani jednego tomu Wonder Woman Toma Kinga, lecz jeśli lekko się o nią ocierają tutaj, to już się nie łudzę, że dostaniemy tę serię w najbliższym czasie.
Event angażuje ogromny hektar uniwersum, lecz jednocześnie wykorzystuje mnóstwo elementów, które podświadomie uznajemy za mało istotne. W rezultacie to, co się w nim faktycznie liczy to kilka finałowych planszy, oraz parę z pierwszego tomu, ustanawiające nam konflikt i fabułę. Niemniej jednak nie pamiętam, jak dawno czytałem tak miałki komiks bez wyrazu, gdzie tylko poboczne historie jakkolwiek trzymały moją uwagę.
Graficznie jest to ponownie jeden wielki twórczy chaos. Co zeszyt zmienia się styl, i nie jest to nic dziwnego, skoro tom to same tie-iny. Nie ma jednej stałej wizji na budowany w komiksie świat, przez co nawet jeśli plansze rozrysowane są poprawnie, to gubią się zwyczajnie w zalewie przeróżnych wariacji. Nawet Dan Mora, którego ilustracja zdobi okładkę, nie wypada jakoś wyjątkowo, również przez ilość.
Władza absolutna: Finałowe starcie nie jest absolutnie potrzebna do zrozumienia nowej ofensywy w DC, w którą właśnie wszedł Egmont. W tym wszystkim nawet flipbook Alfa i Omega został wydany osobno, jako luźny start inicjatywy. Wydarzenie nie nabudowało niczego, zwłaszcza wobec uniwersum od prawie dwóch lat podbijającego amerykański rynek.
Warto się zainteresować lekturą wszystkich trzech tomów ewentualnie po zaznajomieniu się z innymi ongoingami, które w Polsce się ukazują, ale i tutaj też bym się zastanowił czy warto.
-------------------------------
Egzemplarz do recenzji otrzymany od wydawcy. Egmont nie miał żadnego wpływu na powyższą opinię.
Komiks do kupienia w sklepie Egmontu lub np. w ATOM Comics.
Autor recenzji: Wiktor Weprzędz




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz