ABSOLUTE GREEN LANTERN zamyka drugą falę tytułów z Absolute Universe obejmującą także marcowe serie z udziałem Flasha oraz Martiana Manhuntera. Scenarzysta Al Ewing (METAMORPHO: THE ELEMANT MAN) oraz rysownik Jahnoy Lindsay (SUPERBOY: THE MAN OF TOMORROW) przybywają z autorską wizją tego, jak prezentuje się świat Zielonych Latarni w tym stworzonym przez Darkseida świecie. Siłą rzeczy uchylą także rąbka tajemnicy na temat interesującego mnie mocno kosmicznego zakątka, o którym wiemy co nieco już z kart ABSOLUTE SUPERMAN. Jako fan wszystkiego co dotyczy Green Lanternów, obowiązkowo sięgnąłem po zeszyt z numerem jeden ciekawy zwłaszcza tego, co ma do zaproponowania i powiedzenia w temacie taki doświadczony i uznany scenarzysta, jak Al Ewing.
Śmiertelnie przerażony Hal Jordan błąka się po stanie Nevada z jedną ręką ukrytą cały czas w kieszeni. Próbuje dojść do siebie po tym, czego był świadkiem w miasteczku Evergreen kilka dni wcześniej. Próbuje unikać kłopotów i trudnych pytań, ale te same go odnajdują i sprowadzają tym samym śmierć na przypadkowo spotkane osoby.
Przyznam szczerze, że szósta i ostatnia jak do tej pory seria z Absolute Universe była tą, na którą czekałem najmniej. Reklama, opisy oraz przykładowe plansze ABSOLUTE GREEN LANTERN (w przeciwieństwie np. do komiksu Campa i Rodrigueza) nie wzbudziły we mnie jakiejś większej ekscytacji, nie było też z mojej strony zbyt wygórowanych oczekiwań. Najwyżej zostanę mocno pozytywnie zaskoczony i będę od tej pory niecierpliwie wyczekiwał kolejnych odsłon.
Inauguracyjny zeszyt niemal w całości skupia się na Halu Jordanie, wokół którego unosi się wyraźna aura zagubienia, strachu oraz poczucia bezsilności wobec tego, co go spotkało. Słyszy przemawiający do niego dziwny głos, dzierży śmiercionośną broń, a do tego ludzie którzy stają na jego drodze zachowują się zgodnie ze schematem, którego chciał za wszelką cenę uniknąć. Hal chciał dobrze, ale jak zawsze wszystko popsuł. Strach Jordana spotęgowany jest dodatkowo kontaktem z Abinem Surem, o którym na razie wiemy tyle, że wygląda (widzimy go dosłownie na jednej planszy) jak klasyczny kosmita wyjęty z jakiegoś horroru, przypominający trochę - może zbyt naciągane, ale tak mi się kojarzy - wynik eksperymentu na filmowym Obcym i na pierwszy rzut oka mający nienajlepsze intencje wobec Ziemian. Jest to na razie tajemnica, którą chce się z pewnością poznać.
Przez chwilę widzimy także Jo Mullein oraz Johna Stewarta w towarzystwie Jordana. Przez te krótkie fragmenty da się już wyraźnie zauważyć, że jest jakaś fajna chemia pomiędzy tymi postaciami, że Ewing ma pomysł na ich pisanie i w dalszych etapach będzie się czym ekscytować z ich udziałem.
Na ostatniej stronie padają słowa: "Hal Jordan? What Happened to You?". No właśnie my tego na razie nie wiemy, gdyż dopiero kolejny numer powinien rzucić więcej (zielonego) światła na to, co stało się podczas wizyty Abina Sura.
Minusem komiksu jest to, że zarówno okładki oraz ujawniony na początku tytuł historii psują w dużej mierze radość z odkrywania samemu tego, co tak mocno ukrywa przed czytelnikiem Jordan. Nie ma przez to większego zaskoczenia podczas lektury i szkoda, że nie rzucono jakąś mocną sceną z tym związaną dopiero pod koniec.
Warstwa graficzna to kawał
solidnej roboty, ale niczym szczególnym tak naprawdę nie zachwyca. Lindsay
(odpowiada za ołówek, tusz oraz kolory) w większości dostaje w tym zeszycie do
narysowania mocno przyziemne fragmenty, gdzie dosyć średnio wychodzi mu
zaprezentowanie ludzkich twarzy oraz mimiki poszczególnych bohaterów. Do tego
zbyt bardzo trąci mangą i poziom jest moim zdaniem nierówny, gdyż lepsze plansze przeplatane są słabszymi
jakościowo. Na razie szału nie ma (co też zapowiadały udostępniane wcześniej
przykładowe plansze) i trzeba poczekać, jak twórca ten wypadnie, gdy będzie
miał do zilustrowania znacznie więcej dynamicznych scen, pełnych kolorowych
rozbłysków, pojedynków itp. W słabej serii SUPERBOY: THE MAN OF TOMORROW sprzed
kilku lat pokazał, że akurat kosmiczne klimaty to te, gdzie jego styl sprawdza
się lepiej. Dam Lindsayowi jeszcze szansę, ale szkoda, że nie zatrudniono do tego komiksu kogoś bardziej znanego, z bardziej oryginalną kreską i - co tu dużo ukrywać - bardziej uzdolnionego.
Oczywiście zamierzam dalej śledzić ten tytuł, jak zresztą pozostałe pięć "absolutnych" serii , ale nie będę oszukiwał - ABSOLUTE GREEN LANTERN #1 nie wywarł na mnie szczególnego wrażenia. Jest ok, taki solidny start, gdzie dużo rzeczy poszło oczekiwanym, zaspojlerowanym wcześniej szlakiem. Na tę chwilę tak naprawdę nie wiemy zbyt wiele na temat tego, co w szerszej perspektywie chce nam pokazać Ewing, i jaki obrót przybiorą sprawy. Kluczowy będzie pierwszy story arc. W każdym razie pewne fundamenty zostały położone i z czasem przekonamy się, co z tego wszystkiego wyrośnie. Pozostaje zaufać scenarzyście i być dobrej myśli.
ABSOLUTE GREEN LANTERN #1 w różnych wersjach okładkowych do wyboru znajdziecie w sklepie ATOM Comics.
Autor: Dawid Scheibe
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz