
Dziś będzie o Nightwingu i
jego solowych przygodach z połowy lat 90-tych ubiegłego wieku. Dwa lata temu w
ramach kolekcji DC Bohaterowie i Złoczyńcy od Hachette dostaliśmy tom zatytułowany
NIGHTWING: RYCERZ W BLUDHAVEN, zawierający 11 pierwszych numerów serii NIGHTWING
z roku 1996, którą pisał Chuck Dixon, zaś ilustrował Scott McDaniel. Wow, to
było coś! Przyznam, że już od dawna chodziła za mną myśl, aby nadrobić ten
zbierający dobre oceny run, z którego znałem jedynie fragmenty, głównie
rozdziały serii biorące udział w różnych większych wydarzeniach, jakie dotyczyły
batmanowego zakątka DCU. Zawsze jednak coś stało na przeszkodzie, aby przyswoić
sobie całość, jak na przykład fakt, iż seria opakowana jest w specyficzne
rysunki, które kiedyś mocno mnie odpychały, ale wreszcie jakoś się do nich
przemogłem, stając się z wiekiem bardziej otwartym na inne wizje i style artystyczne.
Po lekturze wspomnianego 78 tomu kolekcji DC Bohaterowie i Złoczyńcy klamka
zapadła i już wiedziałem, że trzeba w końcu nadrobić zaległości oraz przyswoić
sobie więcej NIGHTWINGA od Dixona, bo to przecież są moje klimaty, po jakie
chętnie sięgam, i które zapewniają frajdę z lektury. Z pomocą przyszło mi
również wydawnictwo DC, które od pewnego czasu systematycznie wypuszcza na
rynek cieszące się popularnością grubaśne miękkookładkowe kompendia (w
atrakcyjnych cenach) z przygodami wybranych serii/postaci. Seria NIGHTWING
doczekała się niedawno trzeciej "cegły" z tego cyklu, a ja dziś chcę
podzielić się kilkoma spostrzeżeniami dotyczącymi pierwszego, liczącego ponad
1000 stron wydania zbiorczego.