Trochę trzeba się było naczekać i ponarzekać na opieszałość Egmontu, ale wreszcie - na początku maja - wspomniane wydawnictwo opublikowało po polsku hitową miniserię Toma Kinga oraz Bilquis Evely. Komiksu, na bazie którego powstał wyczekiwany film SUPERGIRL, który już za chwilę trafi do kin (26 czerwca, czekacie, prawda?). Można zatem powiedzieć, że tym razem Egmont (wyjątkowo) nie przespał okazji i dobrze wstrzelił się z tym komiksem, bo skoro tyle zwlekał z publikacją KOBIETY JUTRA, to logicznym posunięciem było wydanie tej historii właśnie wiosną tego roku. Opowieść tę bardzo dobrze znam, gdyż przeczytałem ją zarówno w wersji oryginalnej, jak i całkiem niedawno w wydaniu od Hachette, jako tom 102 kolekcji DC Bohaterowie i Złoczyńcy. W myśl zasady, że gdy coś jest dobre, to chętnie się do tego wraca, z wielką przyjemnością pochyliłem się jeszcze raz nad tym dziełem. Tak - dziełem - bo to coś więcej, niż zwykła komiksowa opowieść, a moja opinia na jej temat nadal jest taka sama, jak po pierwszej lekturze kilka lat temu.
Tomowi Kingowi zdarzają się
oczywiście słabsze projekty, to jednak zdecydowanie więcej ma na swoim koncie
tych wartych przeczytania, dobrych lub wręcz bardzo dobrych jakościowo
komiksów. W czerwcu 2021 roku wystartowała seria SUPERGIRL: WOMAN OF TOMORROW,
gdzie wspomniany scenarzysta tym razem wziął na swój warsztat postać Kary
Zor-El. Jako miłośnik supermanowego zakątka DCU, a dodatkowo także jako osoba
śledząca z uwagą wszystkie projekty Kinga, nie mogłem nie sięgnąć również i po
ten tytuł, kiedy tylko całość ukazała się w wersji oryginalnej. Supergirl nie
miała w ostatnich latach szczęścia, jeśli chodzi o dobór scenarzystów w jej
solowych seriach, którzy nie potrafili w ciekawy sposób zaprezentować jej
przygód, a ich wersje mijały się (przynajmniej z moimi) oczekiwaniami. Wraz ze
startem projektu duetu King/Evely pojawiła się zatem szansa, że bohaterka ta
zostanie zaprezentowana w sposób, na jaki zasługuje, rozłożona na czynniki
przez kogoś, kto zdecydowanie zna się na rzeczy i czuje/rozumie tę postać.
Rzadko
kiedy śledzę komiksy pisane przez Kinga miesiąc w miesiąc, bo jak większość z
Was dobrze się orientuje, najlepiej wchodzą one w formie zbiorczej, kiedy można
przyswoić sobie cały materiał za jednym podejściem i nie trzeba wracać co
chwilę do wcześniejszych odsłon. Tutaj było podobnie. Przeczytałem dwa pierwsze
zeszyty, upewniłem się, że historia poprowadzona jest w ciekawy sposób i
postanowiłem poczekać, aż ukaże się ostatni zeszyt.
O czym jest SUPERGIRL: KOBIETA
JUTRA? W skrócie: Kara przybywa w towarzystwie Krypto na obcą planetę, gdzie
pod czerwonym słońcem może celebrować swoje 21 urodziny i wreszcie się upić,
jak zwykły człowiek. Poznaje tam dziewczynę o imieniu Ruthye, która jest
zdesperowana, aby wynająć Supergirl do odnalezienia mordercy swojego ojca -
Krema z Żółtych Wzgórz. Rozpoczyna się pełna dziwacznych przygód,
wielotygodniowa podróż po odległych zakątkach kosmosu, podczas której Kara i
Ruthye odwiedzają różne światy, planety, poznają ich specyficznych mieszkańców
i ich kultury, poddawane są wycieńczającym próbom, a także pobierają ważne
życiowe lekcje i dowiadują się więcej na swój temat. A morderca jest cały czas
krok przed nimi.
King już kiedyś wysłał w kosmos
Człowieka ze Stali (niewydane u nas SUPERMAN: UP IN THE SKY), a teraz robi coś
podobnego z jego kuzynką. Wyjmuje on Karę z jej dotychczasowego środowiska i
wrzuca w zupełnie nowe, ale jednocześnie jakże podobne do tego, co obserwujemy
na Ziemi. Jak widać pewne zachowania i problemy, chociaż w nieco zmienionej
formie, są bardzo uniwersalne i dotykają także innych mieszkańców na innych
planetach. Nie ma tutaj Supermana oraz innych bohaterów świata DC, których
obecność nie jest potrzebna, aby opowiedzieć ciekawą i oryginalną historię z
udziałem Kary Zor-El. Dzięki temu ta może w pełni rozbłysnąć i już od
pierwszych stron czytelnik - nawet jeśli z jakichś powodów bohaterka ta nie
należała do jego ulubionych - sympatyzuje z Supergirl i kibicuje jej oraz Ruthye.
No właśnie, Ruthye. Ciekawa
sprawa, bo to nieoczekiwanie ona jest
tak naprawdę główną postacią tej opowieści, pełniąc rolę narratora i ukazując
sytuację oraz postępowanie Kary z własnej perspektywy. Dzięki temu odkrywamy
wraz z nią nie tylko różne zalety i wielkie serducho Supergirl, ale przy okazji
poznajemy też różne fakty z życia Ruthye. Teoretycznie to Kara pełni rolę
opiekunki/mentorki, ale też są momenty, kiedy właśnie Ruthye musi uratować obu
przysłowiową skórę. King pokazuje, że bardzo dobrze rozumie, kocha i potrafi
wczuć się w postać Supergirl, co w specyficzny sposób przelewa na papier.
Miesza on kosmiczne wojaże z klimatami rodem z baśni, fantasy, nadając swojemu
dziełu wydźwięk wręcz liryczny i poetycki, co przejawia się mocno w narracji
prowadzonej przez Ruthye. Ze względu na kwieciste i rozbudowane wywody Kinga
(często trzeba przebrnąć przez spore bloki tekstu) nie jest to lektura łatwa i
skierowana do każdego, momentami pewnie męcząca i zbyt przegadana.
Tempo prowadzenia akcji jest dosyć
wolne i leniwe, tylko czasami dostajemy jakieś nagłe przyspieszenia. Co mi się
podobało, to brak przewidywalności. Czytelnik w sumie nie ma pojęcia, w jakim
miejscu będzie kontynuowana akcja z poprzedniego rozdziału, co konkretnie i w
jakiej formie zostanie mu zaprezentowane. Niektóre wydarzenia są opisane
jedynie w formie skrótowej, w ramach wspomnień zanotowanych przez Ruthye.
Oczywiście nie brakuje efektownych i krwawych pojedynków, które za sprawą
rysowniczki robią wrażenie, ale nie brakuje także miejsca na odrobinę humoru
oraz ważnych przemyśleń.
King nie zapomniał również o
pleceniu w swoją opowieść wątku Kryptonu i Argo City, pokazując pewne rzeczy z
nowej perspektywy i nie omieszkał dodać od siebie pewnych nowych elementów do
znanej wszystkim historii ocalenia młodej Kary Zor-El.
Zakończenie również daje radę,
stanowiąc idealną (trochę nieoczekiwaną?) finalizację śledzonych od początku
przygód Kary i Ruthye, traktując o oczyszczeniu, otrzymanej lekcji, nadziei,
drugiej szansie itp. Po zakończonej lekturze miałem przeczucie, że dobrze
spożytkowałem czas, a ostatnia strona jest zacnym podsumowaniem tej całej
kosmicznej odysei.
Tym razem dostajemy osiem zeszytów
zamiast standardowych u Kinga dwunastu, co akurat wyszło tylko na plus.
Większość jego komiksów wydaje się przeciąganych na siłę, a spokojnie mogły się
zamknąć w mniejszej ilości stron. Historię z udziałem Supergirl też można było
skrócić gdzieś o połowę, jeśli mówimy np. o samym pościgu za Kremem. Ale jeśli
chodzi o rozwój obu głównych bohaterek oraz ukazanie relacji pomiędzy nimi, to
historia wydaje się już skrojona idealnie i naprawdę szkoda byłoby coś z tego
wycinać.
Bilquis Evely (m.in. SANDMAN
UNIWERSUM: ŚNIENIE oraz HELEN Z WYNDHORN) zadbała o to, aby od strony wizualnej
komiks prezentował się cudownie, przepięknie. Nie jest to standardowa kreska
superbohaterska - taka w tych konkretnych warunkach by się nie sprawdziła -
tylko coś znacznie lepszego i zapadającego w pamięć, pozwalającego lepiej
przeżywać fabułę nakreśloną przez scenarzystę. Każdy mniejszy czy większy kadr
przepełniony jest pewną magią, nadaje całości niezwykłej otoczki, jakby
czytelnik na czas lektury przeniósł się wraz z bohaterami do jakiegoś bajkowego
świata. Urodzona w Brazylii artystka pokazała w tym komiksie pełnię swoich
możliwości i potwierdziła jedynie, że idealnie porusza się w takich właśnie
klimatach. Po prostu idealny wybór rysownika. Oczywiście nie byłoby takiego
efektu wizualnego, gdyby nie kolorystyka zaproponowana przez stałego
współpracownika Evely - Mata Lopesa. Jeden z tych komiksów, gdzie jeśli nawet
scenariusz nie do końca komuś podpasuje, to obok ilustracji zdecydowanie nie
można przejść obojętnie.
Oprócz samej /głównego dania
dostajemy także ponad 50 stron różnych dodatków, czyli porcja jak najbardziej
zadowalająca fanów tego typu bonusów. Wśród nich znajdziemy wstęp Toma Kinga,
okładki alternatywne, bogaty szkicownik rysowniczki oraz odrzucony scenariusz
zeszytu szóstego. Trochę denerwujące są te miniaturki oryginalnych plansz (po 9
na jednej stronie), ale tak było też w oryginalnym wydaniu amerykańskim.
SUPERGIRL: KOBIETA JUTRA to żaden
przynudnawy i usypiający średniak, tylko King w swojej najwyższej formie. Fani
jego twórczości oraz osoby mające słabość do przygód Dziewczyny ze Stali z
pewnością będą zadowoleni. Ja jestem, i to bardzo. Zamknięta całość, piękna
oprawa graficzna, inteligentne, nieszablonowe i ciekawe podejście do Supergirl,
podkreślające jej najlepsze cechy, a do tego satysfakcjonujący i trafny finał. Warto
posiadać w swojej kolekcji, czy to w omawianej wersji od Egmontu, czy
wcześniejszej od Hachette. Ta druga ma troszkę mniej dodatków, ale za to
miażdży egmontowe wydanie ceną (okładkowo 49,99zł vs 139,99zł), także jeśli
udało się komuś zaopatrzyć wcześniej w album od Hachette, to moim zdaniem nie
ma sensu kupować nowszej wersji od Egmontu.
Dodam jeszcze, że tak jak wiele
osób jestem trochę rozczarowany formatem omawianego komiksu, gdyż aż się prosiło,
aby wrzucić to do DC Deluxe, gdzie ilustracje Evely prezentowałyby się jeszcze
bardziej spektakularnie. No nic, mówi się trudno i osobiście zaczynam już
wypatrywać w zapowiedziach DC wydania Absolute (oby kiedyś wyszło), które
bardzo chętnie przytulę :)
--------------------------------------
Opisywane wydanie zawiera materiał z komiksów SUPERGIRL: WOMAN OF
TOMORROW #1 - 8.
Komiks otrzymałem do recenzji od Egmontu, przy czym jak zawsze to
podkreślamy - wydawca nie ingerował w żaden sposób w treść powyższej opinii.
Komiks ten kupicie m.in. w sklepie internetowym Egmontu lub na
ATOM Comics.
Autor: Dawid Scheibe





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz