czwartek, 4 czerwca 2026

SUPERGIRL: KOBIETA JUTRA

Trochę trzeba się było naczekać i ponarzekać na opieszałość Egmontu, ale wreszcie - na początku maja - wspomniane wydawnictwo opublikowało po polsku hitową miniserię Toma Kinga oraz Bilquis Evely. Komiksu, na bazie którego powstał wyczekiwany film SUPERGIRL, który już za chwilę trafi do kin (26 czerwca, czekacie, prawda?). Można zatem powiedzieć, że tym razem Egmont (wyjątkowo) nie przespał okazji i dobrze wstrzelił się z tym komiksem, bo skoro tyle zwlekał z publikacją KOBIETY JUTRA, to logicznym posunięciem było wydanie tej historii właśnie wiosną tego roku. Opowieść tę bardzo dobrze znam, gdyż przeczytałem ją zarówno w wersji oryginalnej, jak i całkiem niedawno w wydaniu od Hachette, jako tom 102 kolekcji DC Bohaterowie i Złoczyńcy. W myśl zasady, że gdy coś jest dobre, to chętnie się do tego wraca, z wielką przyjemnością pochyliłem się jeszcze raz nad tym dziełem. Tak - dziełem - bo to coś więcej, niż zwykła komiksowa opowieść, a moja opinia na jej temat nadal jest taka sama, jak po pierwszej lekturze kilka lat temu.

Tomowi Kingowi zdarzają się oczywiście słabsze projekty, to jednak zdecydowanie więcej ma na swoim koncie tych wartych przeczytania, dobrych lub wręcz bardzo dobrych jakościowo komiksów. W czerwcu 2021 roku wystartowała seria SUPERGIRL: WOMAN OF TOMORROW, gdzie wspomniany scenarzysta tym razem wziął na swój warsztat postać Kary Zor-El. Jako miłośnik supermanowego zakątka DCU, a dodatkowo także jako osoba śledząca z uwagą wszystkie projekty Kinga, nie mogłem nie sięgnąć również i po ten tytuł, kiedy tylko całość ukazała się w wersji oryginalnej. Supergirl nie miała w ostatnich latach szczęścia, jeśli chodzi o dobór scenarzystów w jej solowych seriach, którzy nie potrafili w ciekawy sposób zaprezentować jej przygód, a ich wersje mijały się (przynajmniej z moimi) oczekiwaniami. Wraz ze startem projektu duetu King/Evely pojawiła się zatem szansa, że bohaterka ta zostanie zaprezentowana w sposób, na jaki zasługuje, rozłożona na czynniki przez kogoś, kto zdecydowanie zna się na rzeczy i czuje/rozumie tę postać.

Rzadko kiedy śledzę komiksy pisane przez Kinga miesiąc w miesiąc, bo jak większość z Was dobrze się orientuje, najlepiej wchodzą one w formie zbiorczej, kiedy można przyswoić sobie cały materiał za jednym podejściem i nie trzeba wracać co chwilę do wcześniejszych odsłon. Tutaj było podobnie. Przeczytałem dwa pierwsze zeszyty, upewniłem się, że historia poprowadzona jest w ciekawy sposób i postanowiłem poczekać, aż ukaże się ostatni zeszyt.

O czym jest SUPERGIRL: KOBIETA JUTRA? W skrócie: Kara przybywa w towarzystwie Krypto na obcą planetę, gdzie pod czerwonym słońcem może celebrować swoje 21 urodziny i wreszcie się upić, jak zwykły człowiek. Poznaje tam dziewczynę o imieniu Ruthye, która jest zdesperowana, aby wynająć Supergirl do odnalezienia mordercy swojego ojca - Krema z Żółtych Wzgórz. Rozpoczyna się pełna dziwacznych przygód, wielotygodniowa podróż po odległych zakątkach kosmosu, podczas której Kara i Ruthye odwiedzają różne światy, planety, poznają ich specyficznych mieszkańców i ich kultury, poddawane są wycieńczającym próbom, a także pobierają ważne życiowe lekcje i dowiadują się więcej na swój temat. A morderca jest cały czas krok przed nimi.

King już kiedyś wysłał w kosmos Człowieka ze Stali (niewydane u nas SUPERMAN: UP IN THE SKY), a teraz robi coś podobnego z jego kuzynką. Wyjmuje on Karę z jej dotychczasowego środowiska i wrzuca w zupełnie nowe, ale jednocześnie jakże podobne do tego, co obserwujemy na Ziemi. Jak widać pewne zachowania i problemy, chociaż w nieco zmienionej formie, są bardzo uniwersalne i dotykają także innych mieszkańców na innych planetach. Nie ma tutaj Supermana oraz innych bohaterów świata DC, których obecność nie jest potrzebna, aby opowiedzieć ciekawą i oryginalną historię z udziałem Kary Zor-El. Dzięki temu ta może w pełni rozbłysnąć i już od pierwszych stron czytelnik - nawet jeśli z jakichś powodów bohaterka ta nie należała do jego ulubionych - sympatyzuje z Supergirl i  kibicuje jej oraz Ruthye.

No właśnie, Ruthye. Ciekawa sprawa, bo to nieoczekiwanie  ona jest tak naprawdę główną postacią tej opowieści, pełniąc rolę narratora i ukazując sytuację oraz postępowanie Kary z własnej perspektywy. Dzięki temu odkrywamy wraz z nią nie tylko różne zalety i wielkie serducho Supergirl, ale przy okazji poznajemy też różne fakty z życia Ruthye. Teoretycznie to Kara pełni rolę opiekunki/mentorki, ale też są momenty, kiedy właśnie Ruthye musi uratować obu przysłowiową skórę. King pokazuje, że bardzo dobrze rozumie, kocha i potrafi wczuć się w postać Supergirl, co w specyficzny sposób przelewa na papier. Miesza on kosmiczne wojaże z klimatami rodem z baśni, fantasy, nadając swojemu dziełu wydźwięk wręcz liryczny i poetycki, co przejawia się mocno w narracji prowadzonej przez Ruthye. Ze względu na kwieciste i rozbudowane wywody Kinga (często trzeba przebrnąć przez spore bloki tekstu) nie jest to lektura łatwa i skierowana do każdego, momentami pewnie męcząca i zbyt przegadana.

Tempo prowadzenia akcji jest dosyć wolne i leniwe, tylko czasami dostajemy jakieś nagłe przyspieszenia. Co mi się podobało, to brak przewidywalności. Czytelnik w sumie nie ma pojęcia, w jakim miejscu będzie kontynuowana akcja z poprzedniego rozdziału, co konkretnie i w jakiej formie zostanie mu zaprezentowane. Niektóre wydarzenia są opisane jedynie w formie skrótowej, w ramach wspomnień zanotowanych przez Ruthye. Oczywiście nie brakuje efektownych i krwawych pojedynków, które za sprawą rysowniczki robią wrażenie, ale nie brakuje także miejsca na odrobinę humoru oraz ważnych przemyśleń.

King nie zapomniał również o pleceniu w swoją opowieść wątku Kryptonu i Argo City, pokazując pewne rzeczy z nowej perspektywy i nie omieszkał dodać od siebie pewnych nowych elementów do znanej wszystkim historii ocalenia młodej Kary Zor-El.

Zakończenie również daje radę, stanowiąc idealną (trochę nieoczekiwaną?) finalizację śledzonych od początku przygód Kary i Ruthye, traktując o oczyszczeniu, otrzymanej lekcji, nadziei, drugiej szansie itp. Po zakończonej lekturze miałem przeczucie, że dobrze spożytkowałem czas, a ostatnia strona jest zacnym podsumowaniem tej całej kosmicznej odysei.

Tym razem dostajemy osiem zeszytów zamiast standardowych u Kinga dwunastu, co akurat wyszło tylko na plus. Większość jego komiksów wydaje się przeciąganych na siłę, a spokojnie mogły się zamknąć w mniejszej ilości stron. Historię z udziałem Supergirl też można było skrócić gdzieś o połowę, jeśli mówimy np. o samym pościgu za Kremem. Ale jeśli chodzi o rozwój obu głównych bohaterek oraz ukazanie relacji pomiędzy nimi, to historia wydaje się już skrojona idealnie i naprawdę szkoda byłoby coś z tego wycinać.

Bilquis Evely (m.in. SANDMAN UNIWERSUM: ŚNIENIE oraz HELEN Z WYNDHORN) zadbała o to, aby od strony wizualnej komiks prezentował się cudownie, przepięknie. Nie jest to standardowa kreska superbohaterska - taka w tych konkretnych warunkach by się nie sprawdziła - tylko coś znacznie lepszego i zapadającego w pamięć, pozwalającego lepiej przeżywać fabułę nakreśloną przez scenarzystę. Każdy mniejszy czy większy kadr przepełniony jest pewną magią, nadaje całości niezwykłej otoczki, jakby czytelnik na czas lektury przeniósł się wraz z bohaterami do jakiegoś bajkowego świata. Urodzona w Brazylii artystka pokazała w tym komiksie pełnię swoich możliwości i potwierdziła jedynie, że idealnie porusza się w takich właśnie klimatach. Po prostu idealny wybór rysownika. Oczywiście nie byłoby takiego efektu wizualnego, gdyby nie kolorystyka zaproponowana przez stałego współpracownika Evely - Mata Lopesa. Jeden z tych komiksów, gdzie jeśli nawet scenariusz nie do końca komuś podpasuje, to obok ilustracji zdecydowanie nie można przejść obojętnie.

Oprócz samej /głównego dania dostajemy także ponad 50 stron różnych dodatków, czyli porcja jak najbardziej zadowalająca fanów tego typu bonusów. Wśród nich znajdziemy wstęp Toma Kinga, okładki alternatywne, bogaty szkicownik rysowniczki oraz odrzucony scenariusz zeszytu szóstego. Trochę denerwujące są te miniaturki oryginalnych plansz (po 9 na jednej stronie), ale tak było też w oryginalnym wydaniu amerykańskim.

SUPERGIRL: KOBIETA JUTRA to żaden przynudnawy i usypiający średniak, tylko King w swojej najwyższej formie. Fani jego twórczości oraz osoby mające słabość do przygód Dziewczyny ze Stali z pewnością będą zadowoleni. Ja jestem, i to bardzo. Zamknięta całość, piękna oprawa graficzna, inteligentne, nieszablonowe i ciekawe podejście do Supergirl, podkreślające jej najlepsze cechy, a do tego satysfakcjonujący i trafny finał. Warto posiadać w swojej kolekcji, czy to w omawianej wersji od Egmontu, czy wcześniejszej od Hachette. Ta druga ma troszkę mniej dodatków, ale za to miażdży egmontowe wydanie ceną (okładkowo 49,99zł vs 139,99zł), także jeśli udało się komuś zaopatrzyć wcześniej w album od Hachette, to moim zdaniem nie ma sensu kupować nowszej wersji od Egmontu.

Dodam jeszcze, że tak jak wiele osób jestem trochę rozczarowany formatem omawianego komiksu, gdyż aż się prosiło, aby wrzucić to do DC Deluxe, gdzie ilustracje Evely prezentowałyby się jeszcze bardziej spektakularnie. No nic, mówi się trudno i osobiście zaczynam już wypatrywać w zapowiedziach DC wydania Absolute (oby kiedyś wyszło), które bardzo chętnie przytulę :)

--------------------------------------

Opisywane wydanie zawiera materiał z komiksów SUPERGIRL: WOMAN OF TOMORROW #1 - 8.

Komiks otrzymałem do recenzji od Egmontu, przy czym jak zawsze to podkreślamy - wydawca nie ingerował w żaden sposób w treść powyższej opinii.

Komiks ten kupicie m.in. w sklepie internetowym Egmontu lub na ATOM Comics.

Autor: Dawid Scheibe

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz