Na początku maja obchodziliśmy okrągłą, 30 rocznicę ukazania się pierwszego numeru miniserii KINGDOM COME. Historii kultowej, klasycznej i zaliczającej się do tych najlepszych i najważniejszych, jakie powstały pod szyldem DC. Nie wiem, czy Egmont zrobił to celowo, czy kompletnie nie miał o tym pojęcia, ale bardzo dobrze się stało, że akurat w maju tego roku dostaliśmy w Polsce nowe wydanie tej opowieści, w sam raz na obchody jej trzydziestolecia. Wcześniej mogliśmy po polsku przeczytać i obejrzeć tę opowieść w wersji standardowej (rok 2005), w wersji deluxe (rok 2021), a teraz w znacznie mniejszej i tańszej wersji kompaktowej/kieszonkowej. To jedna z tych wręcz obowiązkowych pozycji, których w ramach DC Compact nie mogło zabraknąć, i która dzięki temu powinna trafić do wielu nowych fanów historii obrazkowych. Tego typu klasyki powinny być, w takiej czy innej formie, cały czas w obiegu.
Krótko o fabule tej elseworldowej, rozgrywającej się w nieodległej przyszłości fabule. 10 lat wcześniej ziemscy herosi przeszli na superbohaterską emeryturę, przekazując symboliczną pałeczkę nowemu młodszemu pokoleniu. Szybko jednak okazało się, że ci drudzy z Magogiem na czele, to pokolenie inspirowane swoimi legendarnymi poprzednikami, ale kompletnie nie stosujące się do ich zasad. Mają gdzieś innych ludzi. Liczy się tylko brutalna walka i eliminowanie kolejnych superzłoczyńców. Czara goryczy przelewa się, gdy podczas jednej z takich bezmyślnych potyczek dochodzi do tragedii, a życie traci milion niewinnych osób. Wonder Woman odnajduje tego, który kiedyś znany był jako Superman i przekonuje go, że to, co dzieje się na świecie posunęło się za daleko i trzeba działać. Dawni superbohaterowie ponownie zakładają kostiumy i wracają na scenę, aby dać dobry przykład, utemperować swoich następców i wlać w ludzkie serca ponownie nadzieję. Ale czy nie jest już czasem za późno, aby uratować zmierzający ku swemu końcowi świat?
Komiks, o którym tak wiele już napisano, także na DCManiaku, także ode mnie tylko kilka ogólnych zdań. Alex Ross i Mark Waid stworzyli opowieść uniwersalną i ponadczasową, do której sam często i chętnie wracam. Za sprawą Spectre oraz towarzyszącemu mu pewnemu kaznodziei obserwujemy upadły świat, gdzie superbohaterowie istnieją jedynie z nazwy, gdyż bliżej im jest tak naprawdę do złoczyńców, których ścigają i mordują. Wraz z odejściem starek gwardii wszystko się posypało, a wartości, które z dumą reprezentowali, gdzieś zniknęły. Nowi obrońcy planety uznają się za bogów, ale ludzie ich kompletnie nie obchodzą. Ciekawy zwrot akcji następuje wraz z powrotem Kal-Ela oraz zebranych przez niego towarzyszy, inicjując wydarzenia, jakie prowadzą do wybuchowego finału. Od decyzji podjętej przez Ducha Zemsty oraz starszego mężczyzny zależeć będzie w dużej mierze to, czy nastąpi dosłownie biblijna apokalipsa, czy ludzkość otrzyma jeszcze jedną szansę. Świetnie rozpisane postacie (zwłaszcza Superman, Batman oraz Wonder Woman); bogowie, którzy schodzą na ziemię i pokazują się z ludzkiej strony, ze wszystkim swoimi wadami, niedoskonałościami i problemami; epickie wręcz sceny walki; ciekawa narracja; świetnie ukazany temat dekonstrukcji koncepcji superbohatera; rewelacyjny, podniosły i pełen ważnych słów finał. Tak wiele jest rzeczy, które w KINGDOM COME zachwycają i cieszą, że nie warto tutaj przytaczać wszystkiego, tylko lepiej sprawdzić to/odkryć samemu.
Pełna tutaj różnych odniesień, zwłaszcza do Pisma Świętego, mitologii, nie brakuje easter eggów, czy też nawiązań do bogatej historii świata DC, na której przecież Mark Waid zna się, jak mało kto. Ten komiks można czytać wielokrotnie i za każdym razie zauważyć/odkryć coś nowego, co wcześniej się przegapiło.
Historia ta na trwałe zapisała się w historii komiksowego świata DC, a na przestrzeni minionych trzech dekad niejednokrotnie do niej wracano, aby coś dopowiedzieć i pociągnąć dalej wybrane wątki.
Wizualnie mamy do czynienia z prawdziwym dziełem sztuki. Alex Ross dysponuje mocno rozpoznawalnym stylem i nie sposób pomylić jego prac z pracami innych twórców. Artysta przez duże 'A'. Pięknie namalował tę opowieść przy użyciu swojej realistycznej kreski, przerysowując celowo postacie i przedstawiając ich bardziej jako bogów, niż ludzi. Ross to mistrz w swoim fachu, uwielbia tworzyć duże, gęsto zaludnione kadry i daje się odczuć, że wkłada całe serducho w swoją pracę. Jego bogate w detale malunki potrafią wręcz zahipnotyzować i oczarować czytelnika, który delektuje się każdym, czy to małym, czy też rozmieszczonych na dwóch sąsiednich stronach, kadrem. Ross udowadnia, jak niezapomnianą ucztą wizualną może być komiks poświęcony superbohaterom. Wiele scen z tego komiksu zyskało status kultowych i każdy fan DC (i nie tylko) gdzieś się na nie natknął, nawet jeśli nie był świadomy, że pochodzą właśnie z KINGDOM COME.
W przeciwieństwie do dwóch innych wydań budżetowych, jakie współtworzyły majowy rzut tej egmontowej linii, tym razem nie ma się do czego przyczepić pod względem jakości wydania. Takie czasy, że trzeba odtrąbić sukces, gdy udaje się wydrukować coś bez przypadkowego dublowania stron.
Średnio za około 25 złotych można sobie sprawić KINGDOM COME w wersji kompaktowej i przekonać się, czy te wszystkie zachwyty nad tym komiksem, które dominując w licznych recenzjach, są rzeczywiście zasłużone i trafione. Jeśli tak i okaże się droga czytelniczko/czytelniku, że dzieło Rossa i Waida trafiło w Twoje gusta, to nie ma już odwrotu i trzeba sobie zafundować wersję deluxe, a jeśli dysponujecie większym budżetem, to najlepiej amerykańskie wydanie Absolute. Ilustracje Alexa Rossa jak mało które zasługują na to, aby podziwiać je i delektować się poszczególnymi kadrami w powiększonym formacie.
--------------------------------------
Komiks otrzymałem oczywiście do recenzji od wydawcy i jak zawsze Egmont nie ingerował w żadnym stopniu w moją opinię.
Omawiany komiks zawiera materiał z oryginalnych komiksów KINGDOM COME #1 - 4.
Komiks ten znajdziecie m.in. w internetowym sklepie Egmontu lub na ATOMComics.
Autor: Dawid Scheibe

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz