wtorek, 23 czerwca 2026

BATMAN VOL. 1: DAYLIGHT

Na początku czerwca ukazało się pierwsze zbiorcze wydanie w ramach serii BATMAN pisanej przez Matta Fractiona i rysowanej przez Jorge Jimeneza. Zawiera ono zeszyty 1-6 wydane oryginalnie od września 2025 do lutego 2026. Jest to trzeci w historii restart ongoingu o tym tytule (poprzedni nastąpił w ramach DC Rebirth), gdzie ponownie wracamy do jedynki na okładce. Jak zwykle przy tej okazji DC oraz sami twórcy reklamowali swój komiks hasłami "początek zupełnie nowej ery w dziejach głównego bohatera i Gotham", "nowy start", "świeże podejście", "idealny punkt startowy", "Batman, jaki przypadnie do gustu zarówno nowym czytelnikom, jak i starym bat-wyjadaczom". Czy komiks rzeczywiście przypadł do gustu, to zaraz w skrócie odpowiem, ale warto przypomnieć, że BATMAN v4 to seria, która już na samym początku zapisała się na zawsze w historii tym, że wystartowała na długo przed tym, jak zakończył się... poprzedni ongoing - BATMAN v3. Nieszczęsny Ha-tfu-sz z poprzedniego ongoingu doczekał się finalizacji w maju tego roku, gdy na rynku dostępny był już 9 numer nowej serii BATMAN. Taka zabawna sytuacja. Ok, tyle wstępu, przejdźmy teraz do konkretów.

Wyposażony w nowy strój i nowe gadżety Batman dalej toczy niekończącą się walkę o lepsze Gotham wierząc jako jeden z nielicznych, że miejsce to jest jak najbardziej do uratowania.  W mieście dzieje się wiele złego ze strony zarówno tych starych oraz dobrze znanych, jak i zupełnie nowych złoczyńców, a do tego Mroczny Rycerz ma przeciwko sobie niemal całą policję w Gotham, będąc dla komisarza celem numer jeden. Pojawia się również tajemniczy Minotaur i przejmuje kontrolę nad przestępczym podziemiem, tworząc swój nowy system i zamieniając Gotham w labirynt zbrodni. Nowe wyzwania i liczne kłody rzucane pod nogi głównemu bohaterowi sprawiają, że nie ma w tym komiksie miejsca na nudę.

Widząc jedynkę na okładce automatycznie pojawią się pytania, czy to rzeczywiście dobry punkt wejściowy. W dużej mierze tak i moim zdaniem dosyć łatwo połapać się w sytuacji, gdyż fabuła nie jest z gatunku tych skomplikowanych.  Mimo wszystko jednak jest to zachowanie jakiejś ciągłości w świecie Batmana i Fraction odziedzicza tutaj pewne elementy po swoim poprzedniku. Z tych ważniejszych, to Vandal Savage jest komisarzem w Gotham, mieszka w dawnej rezydencji Wayne'a i tworzy specjalny oddział pilnujący porządku, zaś James Gordon pełni rolę dzielnicowego. A tako poza tym starujemy z zupełnie nową historią, debiutują nowe postacie oraz wątki. Całkiem nieźle to wygląda z mojej perspektywy, jeśli mówimy o miejsce, w którym można wsiąknąć na nowo/po raz pierwszy w batmanowe przygody. Ale to już każdy sam w praktyce musi sprawdzić i ocenić, czy ma jakiś mniejszy lub większy problem ze zrozumieniem przebiegu wydarzeń.

Batman dostaje nowy szaro-niebieski kostium (z nowym logo oczywiście), który nawiązuje do wizerunku tego bohatera sprzed kilku dekad. I jest spoko, podoba mi się ten design. Jest też nowy batmobil z trzynastobiegową skrzynią biegów, a także cała masa różnych wymyślnych i bardzo przydatnych bat-gadżetów/nowinek technologicznych, jakie gacek stopniowo testuje w każdym z rozdziałów. Niczym w jakiejś reklamie dostajemy opis oraz zastosowanie w praktyce nowego wyposażenia. I to też jest spoko element urozmaicający lekturę. Pojawia się także Alfred w nietypowej odsłonie, jako niezwykle oryginalna forma wsparcia dla naszego bohatera. Może nawet lepsza taka wersja, niż hologram wygenerowany przez sztuczną inteligencję, o co początkowo posądzano twórców. I cyk, odhaczamy kolejny interesujący element. Z kolei dużą i jednocześnie cieszącą oko odmianą jest to, że wreszcie widzimy Batmana działającego również za dnia, możemy podziwiać zachód słońca nad miastem, a samo Gotham ukazane jest z innej, szerszej perspektywy. Tu nie ma co się więcej opisywać - trzeba to po prostu zobaczyć na własne oczy.

Fraction i Jimenez nie oferują nam jednego dłuższego story arcu. Każdy zeszyt to osobna historia, inne wyzwanie, trochę inny klimat, w dużej mierze zamknięta całość, ale jednocześnie każdy taki zeszyt kończy się mocnym cliffhangerem. Dzieje się naprawdę sporo, nie brakuje spektakularnej akcji, poruszanych zostaje kilka wątków, na scenę wkracza duża ilość nowych i starych postaci (Minotaur, Waylon Jones, Riddler, Ojo, Anarky, Hugo Strange, czy dr. Zeller), zaś akcja raz toczy się wolnym tempem, by za chwilę ostro przyspieszyć zwalniając wszelkie możliwe hamulce. Wygląda to trochę jak porozrzucane losowo i przypadkowo wątki/sceny/postacie wrzucone do jednego worka i wymieszane ze sobą. Sporo tego, jak na tak małą ilość numerów, ale to wszystko powoli zaczyna się łączyć w coś większego, sygnalizując - nie powiem, ciekawe - przyszłe wydarzenia.

Batman Fractiona potrafi być poważny, mroczny, surowy i bezkompromisowy, do czego przywykliśmy, ale tym razem daje się poznać również jako zabawny i empatyczny. Jest sporo lżejszych, wręcz humorystycznych momentów, a przecież nie przywykłem do tego, aby śmiać się czytając serię BATMAN. Do najlepszych scen z tego komiksu zaliczają się właśnie te, gdzie bez użycia pięści, tylko przyjacielską rozmową Bruce potrafi powstrzymać Killer Croca, albo ta, gdzie pod sam koniec rozmawia z Timem jak ojciec z synem i cieszy się z podjętej przez niego decyzji. A następnie samotnie siada na schodach. Proste, niezwykle poruszające i genialne zarazem. Ten Batman jest naprawdę dobrze napisany, polubiłem tego gościa. Zresztą, Matt pokazuje, że umie w ciekawy sposób przedstawiać postacie i tworzyć fajne, poruszające relacje między nimi. Batmana polubiłem, a wręcz zakochałem się w dr. Annice Zeller, która jest bystra, inteligentna i zabawna, stanowiąc niezwykle wartościowy dodatek. Ze względu na swoje przełomowe urządzenie zwane "Crown of Storms" jej życie jest zagrożone, a to generuje dodatkowe atrakcje i owocuje powstaniem nietypowego rozdziału, gdzie tym razem nie ma Batmana, tylko dominuje duet Bruce/dr. Zeller. Randka/nie randka (niepotrzebne skreślić) tej dwójki to jeden wielki pościg/ucieczka, rewelacyjne dialogi sytuacyjne i ogólnie cały ten zeszyt to jest to, czego w tym komiksie totalnie nie oczekiwałem, a co okazało się świetną odmianą. Widowiskowe sceny są potrzebne, ale oby jak najwięcej pojawiało się również tego typu, bardziej przyziemnych urozmaiceń.

Omawiany tom kończy się intrygującym epilogiem, gdzie widzimy pacjenta nr. 10 w Arkham Towers, który niecierpliwie czeka na odwiedziny swojego największego przyjaciela. Widząc taką scenę nie widzę innego wyjścia, jak sięgnąć po kontynuację. Właśnie tak utrzymuje się zainteresowanie czytelnika tworzonym przez siebie komiksem.

Sporo można wyliczyć zmiennych, ale jest też jeden stały element batmanowego krajobrazu - Jorge Jimenez. Ilustrował run Jamesa Tyniona IV, rysował serię Chipa Zdarsky'ego, a teraz kontynuuje wizualizację przygód Mrocznego Rycerza na kartach ongoingu Matta Fractiona. I to w jaki sposób! Gdy wydawało się, że dobrze znam styl tego Hiszpańskiego artysty i nic mnie już w przypadku jego Batmana nie może zaskoczyć, to Jimenez mówi "potrzymaj mi piwo" i wchodzi na jeszcze wyższy, wręcz mistrzowski poziom. To on jest w tym komiksie głównym architektem, dostając od scenarzysty duże pole do popisu i w pełni tę szansę wykorzystując. Ależ to fenomenalnie wygląda, w czym spora zasługa także kolorysty, którym jest tutaj oczywiście Tomeu Morey. Jimenez bawi się formą, eksperymentuje z kadrowaniem, perspektywą, błyszczy zarówno przy okazji małych kadrów (np. 9 na jednej stronie), jak i także serwując cudowne splash page'a. Świetnie zaprojektowane i poprowadzone dynamiczne sceny pojedynków, czy ucieczek, pięknie przedstawione Gotham za dnia i w nocy, liczne detale, emocje uwiecznione na twarzach poszczególnych postaci, wreszcie ciekawa prezentacja nowych bat-gadżetów. Zachwycam się i komplementuję oprawę plastyczną tego komiksu, ale naprawdę jest czym. Batman + Jorge Jimenez to dla mnie niemal idealne połączenie i cieszę się, że nadal mogę cieszyć oczy pracami tego artysty w batmanowym zakątku DCU. Styl, który chyba nigdy mi się nie znudzi.

BATMAN: DAYLIGHT to naprawdę dobry komiks. Pod kątem tych pierwszych sześciu zeszytów stwierdzam, że to solidnie napisana i cudnie zilustrowana seria. Nie jest to idealny batmanowy ongoing, gdyż lepsze rozdziały przeplatane są nieco słabszymi/poprawnymi, ale z pewnością jest to komiks, który generuje sporo uśmiechu na twarzy podczas czytania/oglądania, i do którego chętnie miesiąc w miesiąc się zagląda, gdyż nigdy nie wiadomo, czym tym razem zaskoczą twórcy. Właśnie czegoś takiego potrzebowałem, jako odtrutki po tych w większości męczących i ciężkostrawnych historiach serwowanych przez Chipa Zdarsky'ego. Chyba ostatnio tak dobrze bawiłem się śledząc przygody Batmana w jego flagowym ongoingu za czasów New 52, kiedy swój run rozpoczynali Snyder i Capullo. Dużo się dzieje, sporo pytań czeka na odpowiedzi, a ja jestem zaintrygowany i chcę zobaczyć, co twórcy mają dalej w zanadrzu. Cytując Dr. Zeller z czwartego rozdziału: "We play the long game here". Czas pokaże, jak w dłuższej perspektywie oceniany będzie cały run Fractiona, ale na tę chwilę jest moim zdaniem - tylko i aż - dobrze.

Opisywane wydanie zawiera materiał z oryginalnych zeszytów BATMAN v4 #1 - 6.

Wydanie zbiorcze BATMAN VOL. 1: DAYLIGHT do kupienia w sklepie ATOMComics.

Autor: Dawid Scheibe

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz