36 lat temu, w listopadzie 1989 roku wystartowała seria BATMAN: LEGENDS OF THE DARK KNIGHT. Wszystko za sprawą popularności Człowieka Nietoperza, jaka wzrosła dzięki filmowi Tima Burtona z tego samego roku. Był to trzeci główny tytuł z Mrocznym Rycerzem w roli głównej w historii (pierwszy od 1940 roku), a jego ton oraz klimat różniły się znacząco od tego, co obserwować można było w tym samym czasie na kartach BATMANA oraz DETECTIVE COMICS. Z założenia każdy nowy story arc tworzył zamkniętą całość, a odpowiadał za niego całkiem inny zespół twórców. Później różnie z tym bywało. Początkowo historie skupiały się w dużej mierze na pierwszych latach działalności Bruce'a, wzorując się na tym, co stworzyli Frank Miller oraz David Mazzucchielli w klasyce znanej jako ROK PIERWSZY. Tak właśnie jest w inauguracyjnej opowieści zatytułowanej BATMAN: SHAMAN. Składała się ona z pięciu zeszytów, do której scenariusz stworzył jeden z lepszych fachowców od Batmana i współkreator jego odnowionego wizerunku po KRYZYSIE NA NIESKOŃCZONYCH ZIEMIACH, czyli ś.p. Dennis O'Neil. Część akcji rozgrywa się w czasie ROKU PIERWSZEGO, część przed, a część trochę później. Od samego początku można jednak śmiało potraktować omawiany komiks jako dopełnienie, czy kontynuację dzieła Millera i Mazzucchieliego, tyle że tym razem bardziej ukazane od strony Bruce'a, a nie Gordona.
czwartek, 13 listopada 2025
niedziela, 19 września 2021
BATMAN: SHAMAN
Aktualne wydarzenia rozgrywające się na kartach dwóch głównych batmanowych tytułów, czyli BATMAN oraz DETECTIVE COMICS delikatnie rzecz ujmując średnio mnie interesują. Śledzę je bardziej z przyzwyczajenia, czekając na zakończenie trwających, nużących i rozciągniętych na wiele zeszytów wątków, które akurat w moje gusta niezbyt trafiają. Przy okazji tegorocznego Dnia Batmana przeczesałem swoje zbiory, aby znaleźć i ponownie przeczytać jakieś starsze historie z udziałem tego bohatera, których lekturę miło wspominam, i które nie były naszpikowanymi aż do obrzydzenia nowoczesnymi gadżetami, wybuchami, czy widowiskowymi, ale nic nie wnoszącymi pojedynkami. Jedną z historii, która podczas poszukiwań wpadła w moje ręce była ta sprzed kilku dekad od duetu Dennis O'Neil/Ed Hannigan, która szerszej grupie odbiorców jest do tej pory nieznana.

