piątek, 12 czerwca 2026

BATMAN: GARGOYLE OF GOTHAM #4

A więc stało się. Po licznych perturbacjach, przesunięciach, wystawianiu na ciężką próbę cierpliwości fanów oraz problemach osobistych, z jakimi mierzył się Rafael Grampa, zaplanowana na cztery zeszyty po 48 każdy, miniseria BATMAN: GARGOYLE OF GOTHAM spod szyldu Black Label doczekała się wreszcie finalizacji. Przypomnę tylko, że seria ta w założenia miała być dwumiesięcznikiem, ale rzeczywistość szybko te plany brutalnie zweryfikowała. W pewnym momencie sam zwątpiłem, czy projekt ten zostanie w ogóle ukończony. Premiera poszczególnych rozdziałów to wrzesień 2023, grudzień 2023, grudzień 2024 oraz czerwiec 2026. Dwa lata i niecałe dziewięć miesięcy od startu do mety. Dokładnie 1002 dni. Kiedy na półki sklepowe trafiła trzecia i zarazem przedostatnia część tej opowieści, w Białym Domu urzędował jeszcze Joe Biden, na tronie piotrowym zasiadał Franciszek, a Polska mogła poszczycić się jedynie jednym rodakiem, który kiedykolwiek podróżował w kosmosie. W komiksowym świecie DC debiutowały natomiast takie świetne serie, jak BATMAN: DARK PATTERNS, NEW GODS, czy METAMORPHO: THE ELEMENT MAN. Po tym wstępie czas przejść do konkretów, czyli na sprawdzenie, czy półtora roku czekania na #4 było tego warte.

"I am the gargoyle"

Kilkanaście miesięcy to szmat czasu i dziwne byłoby, gdybym ze wszystkimi szczegółami pamiętał, co wydarzyło się w trzech poprzednich zeszytach. Detale w tej opowieści mają znaczenie, a zatem zabranie się z marszu z #4 mijałoby się kompletnie z celem. Nie róbcie tego. Z wielką przyjemnością ponownie pochyliłem się nad zeszytami 1 - 3, przyswajając sobie cały materiał i po raz kolejny uświadamiając sobie, jak nietypową, szaloną oraz świetnie zilustrowaną historię stworzył Grampa. Dopiero bogaty w wiedzę na temat dotychczasowego przebiegu wydarzeń, oddałem się lekturze finałowej części.

W Gotham robi się coraz goręcej, miasto dosłownie płonie, a chaos spotęgowany zostaje przez Doctorgeista, szaleńca i głównego złego całej historii, który wydobywa z ludzi ich mroczną aurę, poszerzając szeregi swoich zwolenników zwanych Stadtgeist. Tymczasem odzyskujący siły Bruce spotyka w podziemiach doktora, który opiekował się nim za czasów dziecięcych w Arkham, a także dowiaduje się, co łączy Quintona z Doctorgeistem. Nadszedł czas, aby połączyć siły we wspólnej sprawie i zatrzymać plany szaleńca, zanim tysiące ludzi straci swoje życie. Społeczność podziemia tworzy dla Bruce'a nowy strój, a następnie The Ratz i Batman przenoszą się na powierzchnię. W tej wielkiej bitwie z armią Stadtgeist liczy się każda para rąk, gdyż nie wiadomo, czy po tej decydującej nocy Gotham będzie jeszcze istnieć.

Rafael Grampa wreszcie objawił cały swój misternie nakreślony plan. Wszystkie elementy trafiły na swoje miejsce, a historia nabiera sensu, gdy czyta się ją od początku do końca, najlepiej w formie zbiorczej. Od startu komiks cechował się tym, że Batman w początkach swojej kariery był brutalny i bezwzględny w swoich działaniach, dlatego tutaj nie mogło być inaczej. W ruch idą ostre narzędzia, pałki, a nawet młotki, nie brakuje połamanych kości, chlapiącej na prawo i lewo krwi. Sam Batman nosi na ciele liczne bandaże, plastry, a jego kostium przypomina teraz mieszankę tego, co akurat udało się znaleźć pod ręką. Jest w tym pewien element humorystyczny, ale ogólnie klimat jest jak najbardziej poważny. Na tej gęsto obsadzonej finałowej scenie obserwujemy dużo widowiskowych starć, dowiadujemy się kolejnych rewelacji na temat przeszłości Bruce'a Wayne'a, a także, czego każdy się przecież spodziewał i wręcz oczekiwał, dochodzi do rewanżu i ponownej konfrontacji Batmana z Doctorgeistem. Są tutaj liczne, emocjonujące zwroty akcji i - co bardzo mi się podoba - do końca nie sposób przewidzieć, jak dalej potoczą się wydarzenia. Widowisko pierwsza klasa.

Nie było łatwo umiejętnie posklejać wszystkich wątków w jedno, ale w większości się to udało. Od czasu napisania pierwszego numeru Grampa wyrobił się, jeśli chodzi o scenariusz, przez co czwarta odsłona prezentuje się pod tym względem nawet udanie i jest najlepszą z dotychczasowych. Jak widać można stworzyć coś ciekawego używając kompletnie nowych złoczyńców, zamiast eksploatując na okrągło tych samych. Podoba mi się, w jak oryginalny sposób twórca wytłumaczył mrok, zepsucie i zło pojawiające się w Gotham oraz nieoczekiwane powiązanie takiego stanu rzeczy z samym Batmanem. Doctorgeist okazał się złoczyńcą, który śmiało mógłby pojawić się kiedyś w głównym uniwersum. Mocno emocjonalnie zaprezentowany zostaje wątek dotyczący Gordona i Laury, w których zachodzą ważne wewnętrzne przemiany. Show skrada jednak dla mnie para Crytoon/Little Joker, których nie ma w tym numerze aż tak dużo, ale każda scena prezentuje się genialnie. Gdy "Gotham Rejects" wkraczają do akcji, na mojej twarzy automatycznie pojawia się szeroki uśmiech zadowolenia. Nieoczekiwanie scenarzyście udało się zmontować świetnie dopasowany do siebie szalony, chory, absurdalny wręcz, rozbawiony sztyletowaniem kolejnych ofiar duet. Może powiecie, że i ja jestem jakiś chory i dziwny, ale... ja chcę ich więcej!

Opowieść nie pozbawiona jest wad, a przy takim natłoku postaci zawsze ktoś będzie pokrzywdzony, dostając zbyt mało "czasu antenowego". Ogólnie złych charakterów jest tutaj upakowanych zbyt dużo i spokojnie można by nimi obsadzić kilka różnych bat-opowieści. Nie jest też konkretnie przedstawione, co spotkało w finale niektóre postacie, gdyż ich wątki pozostały w pewnym sensie otwarte. Część rzeczy trzeba się domyślić/dopowiedzieć sobie samemu, jak dotyczy np. kwestii związanej z Mother-em, czy jak tam ten gość od ciem się nazywał.

"You stay in hell with me"

Tutaj nie ma tak naprawdę happyendu. Gotham to nadal miasto pełne zła i zepsucia, które trzeba z niego wyeliminować. W dodatku w murach Arkham przebywa wiele dzieciaków (o znajomych fanom DC twarzach), z których wyrosną w przyszłości potencjalni niebezpieczni złoczyńcy. Obserwujemy zatem start zupełnie nowej ery, nowego rozdziału zarówno dla mieszkańców, jak i dla samego Batmana. Batmana, który po niedawnych przejściach teraz dokładnie wie, kim jest i jaką misję ma do wykonania, akceptując swoje przeznaczenie. Batmana, który będzie dla swoich przeciwników koszmarem, jaki będzie śnił im się po nocach. Będzie gargulcem znanym z opowieści swojej matki, który przeraża i chroni ludzi przed wszelkim złem. Będzie miał też wsparcie. Główny bohater nareszcie odnalazł odpowiedzi na dwa kluczowe pytania: kim jest Bruce Wayne? oraz kim jest Batman? Mocne i dobre zakończenie, adekwatne do tego, co obserwowaliśmy od początku serii.

Kto miał styczność z poprzednimi numerami serii doskonale zdaje sobie sprawę, że jej największym atutem są charakterystyczne i zapierające dech ilustracje. Tutaj muszą być "ochy" i "achy" z mojej strony, gdyż to prezentuje się tak kosmicznie, że aż nie sposób się od komiksu oderwać. Grampa jak już zabiera się za rysowanie, to wkłada w ten proces całe swoje serce. To widać i czuć na każdej planszy i na każdym kadrze. Jego prace są niezwykle estetyczne, wyróżniające się dbałością o najmniejsze nawet detale, czy też innowacyjnymi designami poszczególnych postaci oraz miejsc. Otrzymujemy sporo przepysznych pod kątem wizualnym, dynamicznych, brutalnych, wymyślnych i za każdym razem obficie okraszonych czerwienią krwi scen pojedynków. W tej kwestii nie ma żadnych zahamowań. Urzekają zwłaszcza ciekawe designy postaci, czy nieliczne jednostronicowe plansze, w tym ta ostatnia, gdzie widzimy Batmana w swoim nowym stroju (patrz ilustracja poniżej). Warstwa plastyczna to bez żadnych wątpliwości największy atut tego komiksu.  Warto również podkreślić dobrze dobraną i urozmaiconą kolorystyką, za którą tym razem oprócz Mata Lopesa odpowiada także sam Grampa. Udaje się tym samym wygenerować nietypową, specyficzną, gęstą i dosyć ponurą atmosferę. Ilustracje są krótko mówiąc fenomenalne i zagłębiając się mocniej w poszczególne plansze nie dziwię się wcale, że Rafael potrzebuje zwykle tak dużo czasu, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Porównując do trzech poprzednich numerów ośmielę się stwierdzić, że tym razem poziom jest jeszcze wyższy i pozostaje mi w tym miejscu podziękować Brazylijczykowi, że zapewnił mi taką przepyszną wizualną ucztę.

Czy warto był aż tyle czekać? Według mnie odpowiedź brzmi: tak. Grampa konsekwentnie serwuje nam swoją niezwykle oryginalną, zakrojoną na większą skalę, dopracowaną pod względem graficznym wizję Gotham i jego zamaskowanego obrońcy. To nie jest tytuł dla każdego, gdyż trzeba lubić taki specyficzny styl rysowania i być przygotowanym na licznie obsadzoną, nietypową, odmienną od klasycznej wersji Batmana, w wielu miejscach wręcz szaloną, obfitującą w zaskakujące zwroty akcji opowieść. I chociaż zdając sobie sprawę z tego, że pod względem scenariusza to nie jest ta najwyższa półka, to mimo wszystko bawiłem się przy tym numerze, jak i przy całej serii świetnie, także jak najbardziej polecam chociażby ten tytuł sprawdzić. Jeśli nie podpasuje Wam fabuła, to może chociaż ilustracje okażą się warte poświęcenia czasu na lekturę BATMAN: GARGOYLE OF GOTHAM. Osobiście, właśnie ze względu na niezapomniane popisy Rafy wracam i nadal będę wracał do tego komiksu.

To już jest koniec, nie ma już nic. Historia została co prawda zwieńczona i ułożona w jedną całość, ale teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, aby wrócić kiedyś do tego świata i stworzyć kontynuację, do której drzwi zostały jak najbardziej uchylone, a pole do popisu jest naprawdę duże. Ja oczywiście chętnie bym się ponownie w te klimaty zagłębił. Pytanie tylko, czy Rafael Grampa miałby takie same chęci i przede wszystkim czas, bo wiadomo, jak z tym było. Aby taki potencjalny sequel miałby jakiś sens, to musiałoby wyjść w formie jednej powieści graficznej. Ale to tylko gdybania i spekulacje. Na razie trzeba cieszyć się tym, co dostaliśmy i czekać na wydanie zbiorcze w polskiej wersji językowej. Egmont już wcześniej miał ten komiks na celowniku, także prędzej czy później na pewno się u nas pojawi.

Autor: Dawid Scheibe

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz