Wszyscy już byli, a zatem również i ja zaliczyłem seans w kinie na nowej SUPERGIRL. W przeciwieństwie do ubiegłorocznego SUPERMANA nie miałem jakiegoś dużego hype'u na ten film, ale czytając liczne, niezbyt pochlebne recenzje postanowiłem - szybciej niż pierwotnie planowałem - przekonać się o jakości tej produkcji na własnej skórze. Obejrzałem, przetrawiłem, na spokojnie przemyślałem i po dłuższym czasie od zakończenia seansu dzielę się swoimi kilkoma krótkimi spostrzeżeniami, które chyba nie będą jakieś zaskakujące i szczególnie odkrywcze.
Warto było poświecić swój czas przede wszystkim dla dobrze zagranej tytułowej roli przez Milly Alcock. Tak jak się tego spodziewałem po zwiastunach, aktorka ta może nie idealnie, ale naprawdę dobrze sprawdziła się jako Dziewczyna ze Stali. Taka wersja Kary Zor-El, która pokazuje się ze strony emocjonalnej, która zachwyca we wszystkich scenach, gdy ma już założony swój kostium, która przechodzi pewną wewnętrzną przemianę, przypadła mi do gustu i chętnie zobaczę ją w kolejnej produkcji/produkcjach.
Nie ma też żadnego zaskoczenia, że ze swojego zadania bardzo dobrze wywiązał się Jason Momoa. Gdy w tych kilku fragmentach filmu Lobo wkracza na scenę, z miejsca kradnie show. Tak miało być i dostałem takiego Ważniaka, na jakiego liczyłem i czekałem. Inna sprawa, że pojawiał się i znikał w bardzo randomowy sposób, jakby został wklejony na doczepkę, na siłę, a to nie było dla niego miejsce. Aż się prosi, aby nie zmarnować potencjału tkwiącego w Lobo granym przez Momoę i wrzucić go do osobnego filmu, którego powstania sobie i Wam życzę.
Na plus oceniam flashbacki związane z Kryptonem i Argo City, krótkie, ale tak jak w SUPERMANIE, udane występy Krypto (jak go nie lubić?), fragmenty z udziałem Kal-Ela, czy też fajne nawiązania/ester eggi, jak chociażby złoczyńcy kojarzeni z Legionem Superbohaterów, czy piękny ukłon w stronę artystki komiksowej Bilquis Evely.
Było sporo scen, w których buzia otwierała się szeroko z radochy, ale były tez momenty, kiedy wiało nudą. Zwłaszcza w pierwszej części, gdzie tempo było wolniejsze, a zachowanie bohaterów i sceneria bardzo powtarzalne. Największym i bardzo poważnym minusem jest brak ciekawego i sensownego scenariusza, fabuła jest po prostu słaba, tak jak słabo prezentują się tutaj Ruthye oraz główny villain - Krem. Ten ostatni to jakieś jedno wielkie nieporozumienie, strasznie mnie irytował. Miałem spore oczekiwania odnośnie właśnie Ruthye i jej relacji z Karą, ale niestety nie wykorzystano ogromnego potencjału związanego z tym wątkiem. Szkoda.
Widziałem już w kilku miejscach narzekania na jakość zdjęć i podpisuję się pod tymi uwagami, gdyż film okazał się pod tym względem mało zróżnicowany, wszystko wygląda jakby zrobione na jedno kopyto pod względem scenerii, a do tego jest cholernie ciemno i w wielu momentach niewyraźnie, przez co nie można wyłapać szczegółów i w pełni delektować się pojedynkami.
SUPERGIRL nie miał opowiadać wielowątkowej historii zakrojonej na wielką kosmiczną skalę, która odbije się potężnym echem całym DCU. To miała być luźna interpretacja kultowego komiksu, służąca przede wszystkim jako ciekawe wprowadzenie Kary Zor-El/Supergirl do nowego filmowego uniwersum. Czy było ciekawie? Nie. Czy Supergirl dobrze się zareklamowała i wprowadziła do tego świata? Jak najbardziej. Jest jednak niedosyt związany z tym, że Milly Alcock nie doczekała się fabuły/scenariusza na znacznie wyższym poziomie, gdzie jej rola zostałaby jeszcze mocniej zauważona i doceniona.
SUPERGIRL to poprawny i tylko poprawny film, gdzie ewidentnie coś nie zagrało, gdzie zabrakło jakiejś lepszej "obudowy", gdzie lepsze fragmenty przeplatane są słabszymi, gdzie nie widać jakiegoś konkretnego planu/wizji, gdzie Milly Alcock oraz Jason Momoa pokazują się z jak najlepszej strony i dźwigają całość na swoich barkach, gdzie zachwyt miesza się z rozczarowaniem. Prosty i lekki film na jeden raz. Nie żałuje spędzonego w kinie czasu, ale też nie wyszedłem z niego szczególnie podekscytowany, bo nie bardzo było czym. Zabrakło efektu "WOW", zabrakło jakichś zaskoczeń, czegoś, co wbiłoby w fotel. O ile do SUPERMANA często i chętnie wracam, o tyle nie widzę potrzeby, aby wracać do SUPERGIRL i analizować jeszcze raz poszczególne sceny. A jeśli czekacie na sceny po napisach, to niestety ich nie dostaniecie. I to też jest w pewnym sensie dla mnie rozczarowujące.
Co prawda jest to strona poświęcona DC, ale to nie znaczy, że dla zasady będę zakrzywiał rzeczywistość i udawał, że SUPERGIRL to dobra i obowiązkowa pozycja do obejrzenie. Bo tak nie jest. Ani dobry, ani zły, to po prostu film poprawny i przeciętny, który - co już podkreśliłem wcześniej - warto obejrzeć praktycznie tylko (i aż) ze względu na udane występy dwoje aktorów. Oczekiwania miałem niezbyt wysokie, ale niestety i one nie zostały w pełni spełnione. Szkoda.
Obejrzał i podzielił się swoją opinią: Dawid Scheibe

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz