"To był koniec życia jakie znaliśmy. Hałas był niewyobrażalny. Krzyki mieszały się z łoskotem fal, rykiem ziemi i śmiercią (...). A ci z nas, którzy przeżyli, przez resztę swoich dni budzili się z krzykiem".
Wszyscy już zapewne mają, od niedawna mam również i ja swój egzemplarz KRONIK ATLANTYDY w polskiej wersji językowej. Jest to kolejny z tych komiksów, po które ze względu na tematyką, okres w jakim się ukazał, czy też brak na okładce jakiejś znanej postaci, normalnie polski czytelnik raczej by nigdy nie sięgnął w oryginale. Tak naprawdę gdyby nie decyzja o publikacji tego tomu przez Hachette, mało kto wiedziałby o istnieniu tej historii, no chyba że mocno interesuje się wszystkim co dotyczy Aquamana i nie boi się poszerzać swojej wiedzy o nieco mniej oczywiste tytuły. Tom 43 już na pierwszy rzut oka kusi swoją objętością, a kiedy zacznie się pochłaniać kolejne strony i rozdziały pojawia się w głowie myśl, że mało brakowało, a ominęłaby mnie tak niesamowita komiksowa przygoda. Zgadza się - KRONIKI ATLANTYDY jak najbardziej zasługują, aby dać im szansę.
