Nie lubię pisać negatywnych recenzji. Znacznie łatwiej i przyjemniej tworzę teksty opisujące to, co w istocie naprawdę mi się podobało. Stąd też niekiedy zastanawiam się nad tym, co ja w zasadzie jeszcze robię w DCMultiverse? Przez ostatnie dwa lata w głowie tak mi się poprzewracało, że na komiksy z tak zwanej „wielkiej dwójki” – czyli oczywiście z DC oraz Marvela – patrzę już zupełnie inaczej. No, w zasadzie na wytwory Domu Pomysłów to już zupełnie nie „patrzę”, ale DC Comics jakoś jeszcze się trzyma. Z miesiąca na miesiąc coraz słabiej, ale jednak. Wynika to z tego, że zainteresowałem się innymi wydawnictwami i odkryłem w nich historie nieporównywalnie lepsze niż te dominujące na listach sprzedaży. Moje kolejne zamówienia w preorderach zawierają coraz więcej pozycji z Image Comics, Boom! Studios czy IDW lub Valiant Universe, przez co tracą swoje miejsca te z wydawnictwa zarządzanego przez Dana DiDio. Wciąż jest jednak kilka wyjątków, które napawają mnie nadzieją, że z DC Comics się jeszcze przez jakiś czas nie pożegnam. Mam tu na myśli takie serie jak WONDER WOMAN, ANIMAL MAN, zakończone już I, VAMPIRE czy tę, której drugie wydanie zbiorcze jest istotą tej recenzji.
