Jak wszyscy wiemy, nowe uniwersum DC miało być miejscem w którym swój zakątek znajdą także postacie z Vertigo i nieistniejącego już WildStormu. Pierwsza fala tytułów przyniosła nam start STORMWATCH v3, GRIFTER v3 oraz VOODOO v2. Ta ostatnia seria zakończyła się na dwunastym numerze i wraz z nastaniem „trzeciej fali” tym trzecim post-WildStormowym tytułem zostało TEAM 7. Przynajmniej ja za takowy go uważam, bo chociaż w obsadzie komiksu znaleźli się Amanda Waller, Deathstroke czy Black Canary, to jednak ten tytuł stanowił największy ukłon wobec fanów imprintu Jima Lee. Złośliwi pewnie stwierdzą, że pewnie dlatego TEAM 7 zostało skasowane już po dziewięciu numerach (#0-8), ponieważ fanów tych było tak niewielu, że sprzedaż była bardzo niska. Ba, ja sam byłem bardzo przeciwny istnieniu tej serii, ponieważ pierwsze dwa numery (a więc #0-1) totalnie mi się nie podobały. Mimo wszystko zadaniem tej recenzji nie będzie zniechęcenie Was do kupienia wydania zbiorczego tego komiksu, a wręcz przeciwnie. Bo TEAM 7 rozkręcało się z każdym kolejnym numerem, aż do bardzo dobrego, wymuszonego kasacją zakończenia.
