piątek, 6 listopada 2026

BATWOMAN: ESCHATOLOGY

Córka, siostra, żołnierz, bohaterka. Batwoman powraca, a wraz z nią pewien religijny kult końca świata oczekujący nadejścia Darkseida i przepowiednia, w której cieniu Kate Kane żyje od lat.

W marcu tego roku, jako część drugiego aktu DC All In, wystartowała inicjatywa DC Next Level, w ramach której na start poszły trzy nowe ongoingi. Wśród nich pojawiła się BATWOMAN od Grega Rucki oraz DaNi. Osobiście najbardziej ucieszyłem się na wieść o solowym tytule z udziałem Lobo, ale nie ukrywam, iż powrót Rucki do pisania postaci, której jest przecież współtwórcą (nowa wersja Batwoman zadebiutowała 20 lat temu na kartach świetnego tygodnika 52) przyjąłem z dużym uśmiechem zadowolenia na twarzy. I chyba większość osób tak miała, że widząc przyciągające niczym magnes nazwisko tego scenarzysty od razu wpisała BATWOMAN na swoją listę pozycji do sprawdzenia. Dziś podzielę się moimi wrażeniami po przeczytaniu pierwszych sześciu numerów, które ułożyły się w inauguracyjny story arc i w lutym ukażą się w formie zbiorczej.

Kate Kane przebywa w specjalnym ośrodku na jednej z greckich wysp, gdzie próbuje pozbierać się psychicznie po ostatniej, tragicznie zakończonej konfrontacji ze swoją siostrą. Tymczasem organizacja Religion of Crime, która nie może już liczyć na usługi Elisabeth Kane/Alice, kieruje swój wzrok właśnie w stronę Kate. Przedstawiciele kultu wysławiającego Darkseida chcą, aby kobieta dobrowolnie zaakceptowała zapisaną jej w przepowiedniach rolę. Jakież jest ich zdziwienie, gdy Batwoman nagle pierwsza postanawia wykonać ruch, atakując miejsce spotkania i... strzelając do przeciwników z broni palnej!

Kiedy w marcu przeczytałem inauguracyjny zeszyt nowej serii byłem w szoku, że zamiast obiecanego świeżego startu dostałem tak naprawdę kontynuację wątków zainicjowanych wiele lat wcześniej. Najwyraźniej Greg Rucka miał na te tematy znacznie więcej do opowiedzenia i teraz postanowił wreszcie pociągnąć dalej w takim kierunku, jaki pierwotnie sobie zaplanował. Jasne, ma do tego prawo, ale w takim razie mocno gryzie się to z jedną z głównych idei stojących za DC Next Level, a #1 jest cholernie nieprzystępny, jeśli podejdę do tego z perspektywy kogoś, kto pierwszy raz ma okazję poczytać o Kate Kane/Batwoman. Masa różnych pytań na starcie oraz poczucie, jakby wsiadło się do mocno rozpędzonego już pociągu, czy zaczęło czytać książkę od połowy, zamiast od początku. Dziwnie to wyszło. Sam zresztą porzuciłem ten tytuł na jakiś czas po tym pierwszym, jedynie poprawnym numerze i wróciłem dopiero, gdy zakończył się pierwszy story arc. I dobrze zrobiłem, gdyż BATWOMAN zyskuje właśnie wtedy, gdy zabiera się za nią hurtem, a nie zeszyt po zeszycie.

Seria jest mocno zakorzeniona w przeszłości, nawiązując do wydarzeń, jakie można było zaobserwować przede wszystkim podczas wspomnianej już na wstępie serii 52, a następnie w BATMAN: ELEGY, czyli historii opisanej pierwotnie w ongoingu DETECTIVE COMICS. Są to naprawdę świetne tytuły, które nie raz i nie dwa zachwalane były na DCManiaku, także warto je sobie kiedyś nadrobić, a dopiero wtedy zacząć swoją przygodę z serią, która wystartowała pod szyldem DC Next Level. Dostajemy co prawda niektóre informacje w ramach flashbacków, ale to nie to samo, co przyswojenie sobie krok po kroku przebiegu wydarzeń sprzed tych kilkunastu lat. Rucka utrzymuje swoją opowieść w mrocznym, ponurym tonie, gdzie zamiast typowego komiksu superhero przepełnionego efektowną akcją (której tutaj oczywiście nie brakuje), całość skupia się przede wszystkim na traumie głównej bohaterki, specyficznych relacjach rodzinnych, czy próbie ucieczki przed przeznaczeniem, którego nigdy się nie wybrało. Już sam tytuł historii sygnalizuje skupienie się na ostatecznym przeznaczeniu ludzkości i świata, a Rucka z wielką radością wraca do wątku Religion of Crime, albo jak kto woli Dark Faith, która to fanatyczna organizacja w tej nieco zmodyfikowanej wersji służy Darkseidowi. W tym komiksie mamy do czynienia z różnymi odłamami/zakonami, jak Cult of Stone, czy Daughters of Lilith, a ich machinacje nieodłącznie powiązane są z rodziną Kane'ów. Nie może zabraknąć również Elisabeth/Alice, czyli siostry bliźniaczki głównej bohaterki, która kiedyś doznała prania mózgu za sprawą bogatym szaleńcom i ich religijnego kultu, od tej pory będąc im posłuszna.

Tempo jest dosyć szybkie, przeczytanie komiksu nie zajmuje dużo czasu, a finał pokazuje, że to tak naprawdę dopiero jedna z wielu bitew stoczonych na długiej wojnie. Rodzinie Kane'ów daleko jest do tych idealnych, ale widać, jak bardzo im na sobie zależy. I to pomimo tego, że zdradzali siebie, stali po różnych stronach barykady, często siebie ranili fizycznie i psychicznie. Cała trójka potrzebuje tak naprawdę pomocy i cieszę się ze sposobu, w jaki sposób Rucka sfinalizował ten pierwszy arc. Cały szósty zeszyt to flashbacki opowiadające nam wydarzenia, jakie rozegrały się z udziałem Batwoman oraz Alice przed rozpoczęciem pierwszego numeru. Dostajemy zatem satysfakcjonujące uzupełnienie i odpowiedzi na ważne pytania, a cała opowieść nabiera większego sensu i staje się bardziej logiczna. Warto było zatem czekać do końca, zamiast wydawać werdykt na wcześniejszych etapach czytania.

Oprócz nowych postaci pojawia się także z gościnnym występem Renee Montoya, co wydaje się naturalnym zabiegiem, jeśli mówimy o Religion of Crime. Question stanowi wartościowy dodatek, chociaż pod koniec chyba scenarzysta o niej zapomniał. Cameo zalicza także Batman.

Rucka tak naprawdę to zaczął, także wydaje się najbardziej uprawnioną osobą do tego, aby pociągnąć temat dalej. Pytanie tylko, czy ma to dzisiaj jakiś większy sens, gdyż wiele się wydarzyło od tego czasu w życiu Kate (czy to w New 52, czy w Rebirth) i wydawało się, że traumę związaną ze wspomnianą organizacją oraz Beth ma już dawno za sobą, rozwinęła się jako postać, dojrzała, obrała nową drogę. A teraz niejako cofamy ją w rozwoju i rozdrapujemy zabliźnione rany tylko dlatego, że scenarzysta tak postanowił. Nie wiem, może tylko ja mam takie wrażenie.

Za ilustracje odpowiada grecka artystka Danae Kilaidoni, znana lepiej jako DaNi lub Dani Strips. Można ją kojarzyć z takimi tytułami dla DC, jak rewelacyjna, utrzymana w horrorowych klimatach miniseria ARKHAM CITY: THE ORDER OF THE WORLD, POŚRÓD LASU z linii Hill House Comics, czy też z back-upów do DETECTIVE COMICS za czasów runu Rama V. Wybór DaNi stanowił dla mnie spore zaskoczenie, gdyż jej styl idealnie sprawdza się w przypadku wszelkiej maści komiksowych horrorów, ale nie byłem pewien, czy pasować będzie do wizualizacji przygód superbohaterskich. Już pierwszy zeszyt pokazał jednak, że to był strzał w dziesiątkę, gdyż Greg Rucka oferuje w swojej opowieści klimat, gdzie mamy trochę mroku, szaleństwa, niepokoju, nastrój depresji, czy posępną aurę, a do tego akcja umiejscowiona jest w Grecji. W takich realiach wspomniana rysowniczka bardzo dobrze się odnajduje. Kreska DaNi nie wszystkim przypadnie do gustu, ba - część osób zapewne wręcz odrzuci od tego komiksu, gdyż każdy ma inne oczekiwania odnośnie wizualizacji przygód Batwoman. Tak, ja też mam sentyment do tego, co można było podziwiać kilkanaście lat temu i chciałbym, aby całość zilustrował najlepiej J.H. Williams III. Warto jednak dać szansę DaNi, która proponuje mocno minimalistyczny, surowy, wyrazisty i prosty styl, gdzie kluczową rolę odgrywają kształty, sylwetki, a także umiejętne operowanie światłem i cieniem. Artystka stawa na bardzo mocne tuszowanie, a wszechobecna czerń świetnie potrafi kontrastować w tym komiksie z tymi jaśniejszymi elementami, nadając opowieści unikalną atmosferę. Sprawne operowanie kształtami i sposób postrzegania formy/geometrii nie powinno tutaj dziwić, wszak odpowiedzialna za oprawę plastyczną twórczyni jest absolwentką rzeźby na ASP. Warto przejrzeć sobie te zeszyty jeszcze raz, tym razem pod kątem poszczególnych elementów architektury, rzeźb, czy obrazów. Swój duży wkład w warstwę wizualną mają także Matt Hollingsworth oraz Hassan Otsmanae-Elhaou, którzy odpowiednio poprzez oszczędną i dobrze dobraną kolorystykę oraz dopasowane liternictwo jeszcze mocniej podkręcają wizję i przesłanie rysowniczki.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to osobiście trochę zawiodły mnie główne okładki do pierwszych 3, czy nawet 4 zeszytów, które nie są tak zachęcające i klimatyczne, jak to, co otrzymujemy wewnątrz komiksu. Te stworzone do zeszytów 5-6 to już znacznie wyższa półka.

Szósty zeszyt gościnnie ilustruje Jeff Spokes, który jak zwykle staje na wysokości zadania i dostarcza przyjemne, pod każdym względem odbiegające od tego, co oferuje wcześniej Dani rysunki. Ciekawa odmiana, bardziej klasyczna kreska, ale jak już zostałem zahipnotyzowany stylem głównej rysowniczki, to nie mogę doczekać się jej powrotu w kolejnych zeszytach.

BATWOMAN: ESCHATOLOGY to komiks, który nie spełnił wszystkich pokładanych w nim nadziei. Już sama zachwalana przeze mnie nietypowa oprawa plastyczna sprawia, że duża część osób odbije się od tego tytułu, jak od ściany. Do tego próg wejścia jest dosyć wysoki i w mojej ocenie propozycja nakreślona przez scenarzystę jest skierowana ewidentnie w stronę obeznanych w temacie Kate Kane osób i jej wcześniejszych przygód od tego samego autora. W założeniu linia DC Next Level miała być zarówno ukłonem w stronę starszego czytelnika, jak i dobrym startem dla kogoś, kto dopiero chce poznać konkretną postać/drużynę. Tutaj ewidentnie to drugie założenie nie zostało zrealizowane. Gdybym był w pozycji świeżaka w temacie, to już pierwszy zeszyt skutecznie by mnie od tego komiksu odrzucił. Znam, wysoko sobie cenię i lubię wszystko to, co kiedyś Rucka napisał z udziałem Batwoman, dlatego całkiem przyjemnie i sprawnie czytało mi się inauguracyjny story arc, ale jednocześnie nie uważam, że to coś wyjątkowego i szczyt możliwości tego autora. Kierunek serii został wyraźnie wytyczony, wiem, na czym stoję i chętnie sprawdzę kolejne zeszyty, licząc tym razem na coś bardziej oryginalnego i zaskakującego w kwestii fabuły.

Recenzja oparta na wydaniach zeszytowych, a konkretnie na BATWOMAN #1 - 6.

Wydanie zbiorcze ukaże się w lutym przyszłego roku i możecie zamówić je przedpremierowo na ATOM Comics.

Autor: Dawid Scheibe

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz