UWAGA: w tekście pojawiają się spoilery. Są odpowiednio oznaczone, lecz i tak przestrzegamy.
Czy film WONDER WOMAN z 2017 roku był arcydziełem? Nie i myślę, że co do tego raczej nikt wątpliwości nie ma. Ot, taki całkiem przyjemny popcorniaczek, który co prawda nawet w kategorii filmów czysto rozrywkowych nie wybijał się ponad przeciętność, ale ostatecznie zapewniał całkiem przyjemnie spędzone dwie godzinki, co w czasach niedługo po premierze kinowej wersji LIGI SPRAWIEDLIWOŚCI było dla fanów DC Comics niczym zbawienie. Wreszcie bowiem doczekaliśmy się filmu, który był po prostu ok – nie przekombinowany, nie dzielący odbiorców na dwa wrogie sobie obozy (pozdrawiam fanów Snydera), kolorowy, przaśny, z pozytywną energią, momentami naiwny i głupiutki, ale jednak spełniający wszystkie, przy czym raczej niewygórowane, oczekiwania. Słowem, Patty Jenkins dała radę. Szybko ogłoszono, że powstanie kontynuacja i wobec niej można było już jednak oczekiwać czegoś więcej, nawet jeśli z reguły drugie części filmowych cyklów nie dorównują tym pierwszym. Za kamerą ta sama reżyserka, w roli głównej ta sama aktorka, kilka ciekawych castingów, interesujący pomysł na umieszczenie akcji w latach osiemdziesiątych – czysto teoretycznie WONDER WOMAN 1984 nie miało prawa się nie udać. Ale się nie udało. O rety, jak bardzo ten film się nie udał.

