poniedziałek, 29 grudnia 2025

JOHN CONSTANTINE. HELLBLAZER TOM 3: TRUP W AMERYCE

           Bądź uprzejmy dla nieznajomych, których los stawia na Twojej drodze, bo nigdy nie wiesz, czy osoba, z którą właśnie rozmawiasz nie jest bogiem w przebraniu.”

Powyższa myśl przyświeca podróży protagonistów w trzecim tomie Hellblazera zatytułowanym: „Trup w Ameryce”. Fabuła nowości od Egmontu opiera się w dużej mierze na motywie drogi, nasi bohaterowie przemierzają bowiem Amerykę starym autobusem, a scenarzysta stawia im na drodze wiele ekscentrycznych postaci oraz pomniejszych przygód strukturalnie przypominających sidequesty. Tak, historia czasami do złudzenia przypomina grę komputerową, w której wykonuje się zadania poboczne będące niezbędnymi do wykonania misji głównej, wokół której meandrycznie lawiruje akcja. Scenarzysta pod pretekstem podróży martwego Johna gruchotem i odwiedzaniu wielu lokacji snuje rozważania o wadach społeczeństwa oraz systemu, co stanowi antytezę do konceptu „amerykańskiego snu” i przesadnej gloryfikacji USA. Sam komiks klimatem przypomina mi trochę nieprzejednany świat z książek Cormaca McCarthiego, w których niegdyś próbowałem się zaczytywać, ale chyba jestem zbyt wrażliwym odbiorcą na naturalizm twórczości tego pisarza. Nie mniej jednak lekki westernowy klimat małych miasteczek i pustynnych krajobrazów daje się we znaki.

W nowym Hellblazerze nie brakuje też plejady postaci ściśle związanych od dekad z przygodami maga z Liverpoolu- począwszy od Snu z Nieskończonych (pełniącego tu funkcję spiritus movens całej przygody), przez potwora z Bagien (w tym komiksie zmagającego się z uroczym kryzysem egzystencjalnym), przez demona Etrigana, który również otrzymał swoje 5 minut. Mimo, iż postaci przewija się mnóstwo brakowało mi tutaj tak naprawdę jakiejś bardziej angażującej emocjonalnie, nieoczywistej  relacji, która powracałaby przez cały album. W teorii może i takie koncepty faktycznie się pojawiają (chociażby w postaci interakcji Johna z jego synem), ale jak dla mnie są dość mało wyraziste i przez większość akcji nie wybijają się na pierwszy plan, bo tak dużo dzieje się wokół niepotrzebnych i przestylizowanych, onirycznych rzeczy, że po prostu najzwyczajniej w świecie nie ma na to czasu. Gdyby postawić przed protagonistą ponownie jego dawną kochankę - Zatannę, która jakoś namieszałaby w fabule i dodała kolorytu pewnie bym nie marudził, ale jest jak jest. Jeden z innych recenzentów określił ten komiks jako dzieło podobne do twórczości Granta Morrisona- momentami mało przystępny, dziwaczny, ale intrygujący, z czym w pewnym sensie mogę się zgodzić.

John zaprezentowany nam w tej opowieści to Constantine przez wielkie „C”. Nie zaobserwowałem tu żadnych pomysłów, które byłyby jakimiś większymi odstępstwami typu „out of character” oraz kłóciłyby się z dziedzictwem innych twórców. Coś co mi się absolutnie nie podobało to fakt, iż protagonista bardzo często jest obleśny, przekracza granice dobrego smaku i testuje granice czarnego humoru odbiorcy. Mi nie przypada to do gustu, ale czepianie się postaci o to, że zachowuje się w zgodzie ze swoim charakterem budowanym przez twórców od dekad byłoby infantylne. To trochę tak jakbym miał za złe krowie, że nie ma skrzydeł i nie potrafi latać, a orłu, że nie dostarcza mleka.

Myślę, że fani postaci Johna Constantine'a będą jak najbardziej usatysfakcjonowani - po raz kolejny dostaną bowiem solidną dawkę przygód swojego ulubionego cynicznego i ostentacyjnie wulgarnego protagonisty w prochowcu, który chronicznie marudzi, bluzga pod nosem, pali tanie papierosy i swoim sprytem próbuje ogarnąć bałagan wokół siebie.

Pod kątem strukturalnym fabuła do najbardziej przystępnych w odbiorze nie należy. Mam wrażenie, że scenarzysta po prostu próbował wrzucić do historii zbyt dużo, przez co opowieść chwilami staje się mówiąc kolokwialnie- rozmemłana. Wielokrotnie zostało udowodnione, że można tworzyć naprawdę ogromne, złożone koncepty, które mimo to będą w pełni zrozumiałe dla odbiorcy. Wydaje mi się, że problemem warsztatu pisarskiego Spurriera jest brak lekkości pióra oraz swoisty przerost formy nad treścią. Nie, to nie czytelnik jest za mało inteligentny, to twórca zawiódł, bo to w jego interesie jest przedstawić historię w możliwie najbardziej klarowny sposób i uchronić odbiorcę od nadmiaru informacji. O ile pierwsza część komiksu trzymała naprawdę niezły poziom i wciągała, o tyle już druga mnie kompletnie przebodźcowała oraz znużyła. Narracja często wpada w ton paraboli, który zamiast intrygować częściej działał mi na nerwy, bo w połączeniu z bardzo chaotyczną warstwą graficzną (o której za chwilę) niektóre kadry mogą być odczytane wielorako i stanowią zbyt szerokie pole do interpretacji. W fabule znajduje się tak dużo różnych wizji, snów itp. że czasami nie sposób przewidzieć, co dzieje się naprawdę, a co nie. Historia często na siłę próbuje zaskakiwać odbiorcę, przez co prowadzi autora do jeszcze większych pretensjonalnych dziwactw.

Jeżeli chodzi o warstwę graficzną w tym obszernym, prawie czterystu stronicowym albumie znajdziemy przede wszystkim dość mocne przebodźcowanie. Szalony, buńczuczny i bardzo chaotyczny, szarpany lineart Aarona Campbella dobrze wpisuje się w konwencję świata przedstawionego. Tuszowanie jest niezwykle mocne i pozbawione przejść tonalnych, przez co co odbiór plansz jeszcze bardziej wzmaga aurę niepokoju, grozy i tajemnicy charakterystycznej dla świata Black Label. Niekiedy nieszablonowe pomysły kolorysty pozostawiają odbiorcę w stanie oczopląsu i psychozy, natomiast dzięki temu miałem okazję pierwszy raz w życiu poczuć się jak narkoman szlajający się po okolicznych spelunkach bez narażania swojego zdrowia na korzystanie ze środków wątpliwych legalnie.

Podsumowując - komiksowa nowość ze świata Johna Constantine'a nie jest obiektywnie złą pozycją, a fanom ów gbura bez wątpienia zapewni przyjemny, zimowy wieczór przy lekturze i herbacie.  Mimo wszystko ze mną osobiście historia nie „kliknęła'', momentami dość mocno się przy niej męczyłem, a pomysły twórcy nie robiły na mnie takiego wrażenia, jak zakładałem, że będą. ( i jak pewnie uważał też sam scenarzysta). 

-------------------------------------

Komiks otrzymany do recenzji od wydawcy, przy czym Egmont nie miał żadnego wpływu na treść powyższej opinii.

Omawiany album kupicie m.in. w sklepie Egmontu lub na ATOM Comics.

Autor: Krystian Beliczyński

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz