sobota, 16 maja 2026

WŁADZA ABSOLUTNA TOM 2: RUCH OPORU

Bardzo trudno było mi zasiąść do pisania tej recenzji. Nie jest to związane z poziomem lektury, a bardziej obawą o repetytywność wobec odczuć związanych z poprzednim tomem. Egmont bowiem wydaje właśnie Władzę absolutną w trzech tomach z miesiąca na miesiąc, dając nam spory wgląd w kolejny, wielki event w świecie DC, prowadzący bardzo luźno do uniwersum Absolute. Niemniej ma on niestety całkiem niewiele wspólnego ze światem stworzonym przez Scotta Snydera.

Poprzedni tom pozostawił mnie z mieszanymi odczuciami. Polskie wydania są poszerzone o wszystkie tie-iny i obserwujemy historię z poziomu miniserii i ongoingów. Problem, jaki miałem już z pierwszym tomem było pytanie „O czym to właściwie jest?” Nie dostaliśmy skondensowanej w jeden album historii, a masę przeplatających się innych wątków, które nieraz wychodziły ponad średnią prezentowaną w głównym evencie, z którego notabene dane nam było przeczytać dopiero dwa zeszyty.

Amanda Waller wygrała, część herosów straciła swoje supermoce, a w tym wszystkim nadciąga także śmiertelnie niebezpieczny Jon Kent. Forteca samotności staje się azylem dla superbohaterów, a w niej powstaje plan pokonania Waller.

Tak jak poprzednio, obserwujemy historię z perspektywy Supermana, Batmana, Green Lanterna, Green Arrowa i Wonder Woman i dochodzę do wniosku, że gdybym nie obserwował polskich wydań przynajmniej dwóch z tych serii, najpewniej odpuściłbym dalsze zmagania z Władzą absolutną. O ile Mark Waid gdzieś stara się nakreślić konflikt tego wydarzenia w swoich zeszytach, tak na ten moment jest ich zdecydowanie za mało, aby wydać jakikolwiek werdykt. W tym wszystkim w pamięć zapadają właśnie tie-iny, a zwłaszcza fragment runu Joshuy Williamsona w serii Green Arrow.

Niemniej to najmocniej wybrzmiewa tutaj fragment o Supermanie, choć możliwe, że jest to związane z całym nabudowanym na polskim rynku backgroundem. To w nim Jonathan Kent zostaje zamieniony w żywą broń przeciwko Clarkowi, co wywraca tę historię emocjonalnie. Nie mogę też powiedzieć, że nie popycha ten tom do przodu całego eventu, bo właśnie robi to samym supermanowym tie-inem. Jednak pytaniem jest, czy tutaj chwalimy te serie z osobna, czy album jako całość?

Zamiast skondensowanej historii co chwilę skaczemy po różnych seriach i podejściach. Nie istnieje tu coś takiego jak spójny styl graficzny, a zaledwie kilka zeszytów wizualnie stara się wybić i zapadają w pamięć. W tym wszystkim dostajemy w moim odczuciu odklepany event, który jedynie swoim sloganem ma nas zachęcić do obserwowania nie tyle, ile jego samego, a uniwersum Absolute. I tak jak też pisałem w poprzedniej recenzji, tak i wspomnę tutaj, że (hehe) absolutnie nie musicie znać tego eventu, aby czerpać radość z Absolute DC.

Ruch oporu to ciekawy i solidny przejściowy etap w evencie, który rzuca bohaterów jeszcze głębiej i podbudowuje pod wielki finał. Sam event jednak niestety cierpi na bycie kolejnym kryzysem, ale bez kryzysu w nazwie. Komiks przejściowy, o którym za jakiś czas niestety wszyscy zapomnimy. Niemniej nabudowuje on ciekawość przed finałem w świecie poprzestawianym przez Amandę Waller. Mimo to jednak bardziej czekamy chyba wszyscy na Absolute Batmana, aniżeli na finał tego projektu.

----------------------------------------------

Komiks dostaliśmy do recenzji, co nie ma wpływu na powyższą opinię.

Omawiany album do kupienia w sklepie Egmontu, lub na ATOM Comics.

Autor recenzji: Wiktor Weprzędz

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz