wtorek, 5 maja 2026

DC KONTRA WAMPIRY


O renesansie wampirów można mówić już od jakiegoś czasu. O „Zmierzchu” wspomina się dziś z nostalgią, nie zawsze ironiczną. „Nosferatu” Roberta Eggersa i „Drakula. Historia wiecznej miłości” Luca Bessona to tylko najnowsze filmowe odsłony opowieści o krwiopijcach. O „Morbiusie” wolelibyśmy zapomnieć... Wampiry mają się także świetnie w grach (nadchodzący „The Blood of Dawnwalker”), animacjach („Castlevania”), książkach („Wampirze cesarstwo”) i komiksach. Tylko z tego ostatniego medium na polski rynek trafiły w ostatnich latach m.in. „Drakula” Fernando Fernándeza, „Universal Monsters: Dracula” czy manga „#DRCL Midnight Children”. Mariaż „dzieci nocy” z trykociarzami wręcz prosił się więc o nowe historie. Marvel w swoim głównym uniwersum zaserwował nijaką „Wojnę wampirów”, za to DC sięgnęło po dający nieskrępowaną swobodę elseworld „DC kontra wampiry”.

Historia rozpoczyna się, gdy Andrew Bennett przybywa do siedziby Ligi Sprawiedliwości, by poinformować bohaterów, że krwawa królowa Mary została zabita (jeśli ciekawią was te postacie, zaledwie zarysowane w recenzowanym komiksie, polecam serię „I, Vampire” z 2011 roku). Jej władza powstrzymywała wojnę między wampirami a ludźmi, a teraz konflikt zdaje się nieunikniony. Nowy porządek zaczyna od infiltracji społeczności metaludzi i nagle każdy staje się podejrzany. Gdy nie wiadomo, kto potajemnie został przemieniony, zaczyna szerzyć się paranoja. Pierwszym bojownikiem z siłami zła, jest Green Arrow. Szmaragdowy Łucznik łączy siły z Batmanem i innymi, by walczyć z dawnymi przyjaciółmi i wrogami kierowanymi przez nowego władcę wampirów. Dobra rada: nie kartkujcie komiksu, bo zepsujecie sobie zabawę w zgadywanie, czy dana postać rzeczywiście ma wydłużone kły, czy nie, oraz kto – mimo że pozostaje na widoku – zajął miejsce królowej Mary.

Czytając niedawno trylogię „Wampirze cesarstwo” Jaya Kristoffa (scenarzysty komiksu „Mroczni Rycerze ze Stali. Wszechzima”), dostrzegam sporo podobieństw. Słońce zostaje zasłonięte, a wieczna noc sprawia, że każda pora staje się godziną bestii. Pojawiają się różne frakcje wampirów – nowa władza, gracze próbujący coś ugrać na zmienionym status quo oraz farmy krwi, gdzie ludzie trzymani są jak bydło w wiadomym celu. Autorzy komiksu nie ustrzegli się jednak dziur fabularnych. Brak światła słonecznego sprawia, że Kryptonianie są bezsilni, co zostało poruszone, jednocześnie z jakiegoś powodu ten najbardziej rozpoznawalny po prostu znika z kart komiksu i nie wiemy, co się z nim dzieje. Część wampirów nie pozostaje wierna nowej władzy i kolaboruje z ruchem oporu – jak ci konkretni zachowali swoje człowieczeństwo, skoro nie mają mocy, nie wiadomo. Wreszcie – przez dwanaście zeszytów nie zostaje wyjaśnione, dlaczego krew jednej z postaci działa na wampiry jak trucizna, co samo w sobie prowadzi do istotnego zwrotu fabularnego.

Scenarzystami tego versusowego tytułu są zaprawiony w horrorach James Tynion IV oraz kojarzony na polskim rynku z pisania udanych relacji w drużynówkach Matthew Rosenberg. Ten drugi szczególnie dobrze operuje czarnym humorem, co udowodnił w „Task Force Z” oraz w swoim „Punisherze” (Egmont, musisz!). Głównym rysownikiem maksiserii jest Otto Schmidt. Fani mogą pamiętać jego prace z wydawanego w ramach linii „DC Odrodzenie” „Green Arrowa”. Odniosłem wrażenie, że sceny akcji w „DC kontra wampiry” rysowane są bardziej chaotyczną kreską – nie wiem, czy to efekt goniących terminów, czy mroczniejszej kolorystyki. Mimo tej drobnej uwagi komiks prezentuje się spójnie i solidnie, zwłaszcza w porównaniu z tematycznie pokrewnymi „DCEased” i „Injustice. Bogowie pośród nas”. Tam rotujący rysownicy – w większości rzemieślnicy, a nie charakterystyczni artyści – odbierali punkty ogólnej ocenie. Wspólnym mianownikiem tych tytułów i recenzowanego komiksu jest natomiast to, że nikt nie jest bezpieczny, a sukces zaowocował kontynuacjami. Dwunasty zeszyt kończy się cliffhangerem, który mocno namiesza w dalszym ciągu historii. Powstały już spin-off i sequel, z których lekturą wstrzymuję się do polskich wydań.

Nie miałem dużych oczekiwań wobec „DC kontra wampiry”, spodziewając się kalki z „DCEased” i „Injustice”, pozbawionej krztyny oryginalności. I owszem – to do pewnego stopnia podobny schemat: szokujące zgony, efektowne momenty, tylko że zagrożeniem są wampiry. Mimo to bawiłem się wyśmienicie. A jeśli poczujecie niedosyt i będziecie mieli ochotę na coś jeszcze bardziej edgy, szczerze polecam książkową trylogię Kristoffa. Tymczasem „DC kontra wampiry” to kawał porządnego czytadła, w którym aż chce się zatopić zęby. Oby w tym pomyśle zostało jeszcze krwi i dalszy ciąg nie okazał się truchłem wyssanym już do samego końca.

Album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w amerykańskich zeszytach „DC vs. Vampires” #1–12.

Komiks otrzymałem do recenzji od wydawcy. Wydawca nie ma wpływu na moją opinię.

Damian Maksymowicz

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz