Przyznam szczerze, że po trzech pierwszych zeszytach chciałem rzucić tę serię w cholerę, bo akcja stała praktycznie w miejscu i nie było szczególnych powodów, aby śledzić dalej perypetie Jo Mullein i Hala Jordana. Okazało się jednak, iż warto być cierpliwym w tym wypadku i wierzyć, że - cytując kultową polską komedię - "spokojnie, zaraz się rozkręci". No i się rozkręciło, a zwłaszcza chodzi o świetny i przełomowy zeszyt szósty, wieńczący pierwsze wydanie zbiorcze. Al Ewing udzielił w nim odpowiedzi na kilka ważnych i nurtujących czytelnika od początku pytań, zastąpił spektrum emocji nową świetlną hierarchią oraz pokazał, jakie jest tak naprawdę jego rewolucyjne podejście do świata Zielonych Latarni. Kupił mnie tym samym swoimi pomysłami, rozbudził ciekawość i oczywiście zachęcił, aby dalej czytać i oglądać wydarzenia z tego ongoingu. I tak oto zamiast pożegnać się z ABSOLUTE GREEN LANTERN, dosyć mocno zaintrygowany i ze sporymi oczekiwaniami sięgnąłem po kolejne zeszyty. Poniżej recenzja numerów od 7 do 12, które już w czerwcu będzie można przeczytać w formie zbiorczej.
Jo Mullein co prawda przetrwała "osąd" Abina Sura, ale to zdecydowanie nie koniec jej problemów. Wciąż próbuje odnaleźć się w nowej dla siebie sytuacji, a do tego jej przyjaciel zapadł w śpiączkę. Na jej tropie są agenci DEO oraz Hector Hammond, który za wszelką cenę pragnie poznać tajemnicę dotyczącą wydarzeń w Evergreen. Najpierw nasyła na kobietę profesjonalnego i niezwykle skutecznego zabójcę, a następnie swoją nową broń o nazwie Obsydian. Sojourner zyskuje nowych sojuszników, z pomocą których udaje jej się na chwilę powstrzymać zagrożenie. Wszystko to jednak wydaje się niewystarczające w nieuniknionej konfrontacji ze strasznymi i potężnymi Blackstars, którzy obrali właśnie kurs na planetę Ziemia.
Kawałek po kawałku przedstawiany jest i nabiera przyjemnych kształtów kosmiczny zakątek Absolute Universe, jaki w odważny oraz innowacyjny sposób podsuwają nam twórcy ABSOLUTE GREEN LANTERN. Jako wielki fan wszystkiego, co dotyczy Zielonych Latarni i przyzwyczajony do zmian, jakie swego czasu na trwałe zaszczepił w mitologii GL Geoff Johns, jestem z jednej strony zaskoczony, zaś z drugiej zadowolony z wizji, jaką rozpostarł przede mną Al Ewing. Linia Absolute to przecież idealne miejsce do takich eksperymentów, gdzie zamiast kopiować znane schematy aż prosi się o jakieś nieoczekiwane wariacje, czy reinterpretacje. Pierwszy tom zakończył się mocnym uderzeniem i dokładnie tak samo otwiera się drugi. W ramach interludium od wydarzeń rozgrywających się na Ziemi, twórcy przenoszą nas w przestrzeń kosmiczną, gdzie mamy okazję poznać bliżej przedstawicieli najniższego z czterech poziomów światła, czyli tego czarnego, określanego na Oa jako Qard. Obserwujemy przykład tego, jak działają zamieszkujący Mogo Blackstars, którymi dowodzi potężny i brutalny Kontroler Mu, i którzy bez skrupułów rozprawiają sie z tymi, którzy nie przestrzegają narzuconego prawa. Dużo się tutaj dzieje, wprowadzone zostają znane nam postacie w nowych rolach, a także poznajemy ogrom zagrożenia, które zbliża sie do Ziemi, i na które starał się przygotować/wyszkolić jej mieszkańców Abin Sur. Na ten moment nie wydaje się, aby anomalia/Tomar, za jaką uważana jest Sojourner 'Jo' Mullein, była gotowa przeciwstawić się tak potężnej sile.
Po tym ciekawym otwarciu wracamy do perypetii Jo i Hala, którzy wylądowali w mieszkaniu Cameron Chase, agentki DEO. Główna bohaterka, która nadal próbuje zrozumieć, co się wokół niej dzieje i jakich dziwacznych wydarzeń stała się wbrew swojej woli częścią, pisana jest i prowadzona w przyjemy sposób. Dzięki poznaniu jej burzliwej i pełnej skomplikowanych relacji przeszłości (przybycie z ojcem do Evergreen, praca w policji, przenosiny do Coast City, związek z Cameron) staje się ona bliższa czytelnikowi. To osoba o dobry sercu, popełniająca w przeszłości wiele błędów i wyciągająca z nich lekcję na przyszłość, sympatyczna, pewna siebie, której chyba nie sposób nie kibicować. Po pewnym czasie widać, że obsadzenie jej w głównej roli było słusznym posunięciem. Udaje jej się zbudować coś na kształt drużyny i wyjść cało w efektowny sposób z konfrontacji z Goldface'em, a następnie zajść za skórę Hectorowi Hammondowi. Ten ostatni przedstawiony zostaje dokładnie tak, jak to powinno być, czyli gra rolę prawdziwego, zepsutego do szpiku kości, okrutnego i bezwzględnego w swoich działaniach skurczybyka, który po trupach dąży do osiągnięcia celu. Stworzył on sobie dzięki "czarnej mazi" nową, kontrolowaną przez hełm Mento, obsydianową maszynkę do zabijania. Jak widać dziwne, szokujące kombinacje/eksperymenty na żywym organizmie to nie tylko domena Scotta Snydera i Nicka Dragotty w ABSOLUTE BATMAN. Podoba mi się również tempo, jakie obrał ten tytuł, gdzie nie ma już zbędnych przestojów, akcja stała się bardziej widowiskowa i praktycznie każdy zeszyt wnosi coś nowego, uzupełniając wcześniejsze luki i nadając całej intrydze większego sensu. Naprawdę przyjemnie się to śledzi, nawet jeśli nie wszystko jeszcze jesteśmy w stanie zrozumieć i przewidzieć, w którą stronę twórcy za chwilę nas poprowadzą.
Na tej wielkiej szachownicy Ala Ewinga umieszczone zostają co rusz jakieś nowe, mniej lub bardziej oczywiste i spodziewane pionki. Niektórzy zaliczają jedynie krótki epizod i zostają na trwałe wyeliminowani, zaś wobec innych zakrojone są dalekosiężne plany. Scenarzysta sięga zarówno po sprawdzonych bywalców świata Zielonych Latarni, jak również odkurza nieoczekiwanie bohaterów z dalszego szeregu, których kojarzą jedynie nieliczni fani świata DC. Wśród tych pierwszych warto wspomnieć Todda Rice'a oraz Simona Baza, który dostarcza pewien element humorystyczny ze swoją chorą fiksacją na punkcie zakrywania twarzy. Do grona tych drugich zaliczają się Jonny Double i Kari Limbo, o których więcej powie Wam wujek google.
Ewing nie zapomina również w swojej serii o zepchniętym trochę na dalszy plan (ale wcale mi to nie przeszkadza) Halu Jordanie i dodaje kolejny interesujący twist z jego udziałem. Czas pokaże, jak ta zmiana wpisuje się w przedstawioną w przytaczanym już w tej recenzji zeszycie szóstym i wydawałoby się sztywnie ustaloną hierarchię, która odnosi się do czterech poziomów światła. W każdym razie takie zagranie niesie ze sobą wiele możliwości i różne ścieżki, jakimi można ten wątek poprowadzić. Jak ulał pasuje tutaj określenie, że seria "nabiera kolorów" :D
Co jakiś czas przewija się na pojedynczych kadrach inna postać uznawana za anomalię, czyli powoli wprowadzany na scenę Tomar Re, który wydaje się bardzo ważnym graczem w czekającej wszystkich batalii i z pewnością odegra dużą rolę w kolejnych zeszytach. Cliffhanger z numeru 12 jak najbardziej zachęca, aby te zeszyty sprawdzić.
Ilustracje nadal niestety nie są zaletą tej serii i niezbyt dobrze pasują do wizualizacji pomysłów zrodzonych w głowie Ala Ewinga. Jahnoy Lindsay, który tym razem odpowiada za trzy zeszyty, to po prostu artysta dosyć przeciętny, a do tego jego styl wyjęty z weebtoonu, czy mangi, nie jest w stanie oddać poważnego i mrocznego klimatu panującego w tym komiksie. Na plus mogę zaliczyć okładki w jego wykonaniu, a także te sceny, kiedy widzimy główną bohaterkę skąpaną w blasku zielonego światła, co akurat prezentuje się bardzo udanie. Pozostałe numery zilustrowali kolejno Jason Howard i Riley Rosmo (zeszyt 7) oraz Sid Kotian (zeszyty 9 - 10 plus częściowo 12). I to właśnie ten ostatni sprawdził się w swojej roli najlepiej, dając mi trochę więcej frajdy z podziwiania szaty graficznej. Wygląda na to, że im dalej tym częściej będziemy mieli do czynienia z gościnnymi artystami, co akurat w tym przypadku może okazać się jedynie pozytywną odmianą.
Al Ewing rozkręcał się bardzo powoli w ramach ABSOLUTE GREEN LANTERN, ale gdy już wrzucił wyższy bieg, to naprawdę jest czym się delektować i potrafił wciągnąć mnie w ten jakże odbiegający od znanego i klasycznego świat Zielonych Latarni. Część kart zostało już odkrytych, ale chyba jeszcze więcej elementów tej zakrojonej na dużą skalę kosmicznej intrygi stanowi dalej niewiadomą, sporo pytań czeka na odpowiedzi. Dzieje się sporo i co ważne - kompletnie nie sposób przewidzieć, co wydarzy się dalej, przez co tym chętniej sięga się po kolejne odsłony/rozdziały. Po tych udanych dla ABSOLUTE GREEN LANTERN ostatnich miesiącach jestem dumny z siebie, że nie utraciłem wiary w Ewinga i cierpliwie czekałem na asy, jakie zaczął wyciągać ze swojego rękawa. Czekam na więcej. Jeśli seria ta odrzuciła Was na starcie (co jest w pełni zrozumiałe), to polecam w wolnym czasie dać jej jeszcze jedną szansę i nadrobić zaległe numery. Kto wie, może i Wam, tak jak mi, przypadnie ona w końcu do gustu?
Nadal nie można powiedzieć, że to ta sama liga, co ukazujące się pod szyldem Absolute Universe tytuły z Batmanem, Wonder Woman, czy Marsjaninem w roli głównej, ale tak - poziom mocno poszedł w górę i w moim rankingu seria ta wyprzedził zamulający aktualnie ABSOLUTE SUPERMAN. Jedynie ABSOLUTE FLASH Jeffa Lemire'a biegnie sobie spokojnie i nie zagrożony własnym tempem, gdzieś tam hen daleko w samym ogonie linii Absolute i nie ma widoków na poprawę jego smutnej sytuacji.
Na polskojęzyczne wydanie od Egmontu nie ma raczej co liczyć (jak już, to uraczy nas może kiedyś tym nieszczęsnym Flashem), a zatem wszystkich zainteresowanych odsyłam do sklepu ATOM Comics, gdzie znajdziecie zarówno pierwsze, jak i drugie wydanie zbiorcze ABSOLUTE GREEN LANTERN - klik, klik.
Autor recenzji: Dawid Scheibe





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz