środa, 26 sierpnia 2026

END OF LIFE - recenzja zeszytów 1-6

DC Vertigo powróciło do życia w lutym tego roku, a w urozmaiconej i poszerzanej stopniowo ofercie wskrzeszonego imprintu każdy może znaleźć coś dla siebie. Super sprawa, prawda? Sporo osób zapewne ostrzyło sobie pazurki przede wszystkim na projekt Deniza Capa i Stipana Moriana (całkiem dobra rzecz, ale o niej przy innej okazji), ale dla mnie z pierwszego rzutu nowych tytułów najbardziej przyciągająca okazała się seria END OF LIFE od sprawdzonego duetu Kyle Starks/Steve Pugh, którzy po raz pierwszy połączyli siły w 2023 roku w ramach niezwykle udanej mini z Peacemakerem w roli głównej. Oczywiście znam i cenię sobie również pozostały dorobek Starksa oraz Pugha z ich odrębnych projektów, stąd od razu wiedziałem, że END OF LIFE to coś dla mnie, czego przeczytania/obejrzenia nie będę żałował. I faktycznie, nie żałuję.

- "This guy is fucking everyone up like the lone dildo at a lesbian orgy"

- "That's how my boy Eddie Stallion does it"

Eddie Stallion to profesjonalny hitman, który w pewnym momencie dał ciała i przypadkowo popełnił niewybaczalny błąd. Okradł szefa potężnej, międzynarodowej gildii zabójców zwanej Menażerią. W skrócie - okradł swojego szefa. Od tej chwili musi uciekać, gdyż za jego głowę wyznaczono nagrodę. Schronienie znajduje w małej miejscowości, skąd pochodzi i gdzie się wychował. Czeka go tutaj cała masa kłopotów, konfrontacja z umierającym na raka ojcem, spotkanie ze swoją dawną miłością, a także z pewnym lokalnym złoczyńcą, któremu ze względu na swój charakter szybko zachodzi za skórę. Eddie musi wreszcie dorosnąć i zmierzyć się z konsekwencjami podjętych decyzji. Czy jest to jednak w ogóle możliwe?

Już niedługo na rynku ukaże się END OF LIFE VOL. 1: WRONGDOG, zbierający pierwszych sześć numerów ongoingu opowiadających perypetie Stalliona, a zatem postanowiłem podsumować to pierwsze półrocze serii. W głównej roli twórcy obsadzili Eddiego, który oprócz tego, że jest urodzonym killerem i świetnie posługuje się bronią, to nie ma zbyt wiele zalet. Wbrew temu, co o nim mówią w pewnym małym miasteczku, jego specjalnością nie jest sztuczne zapładnianie koni, tylko zabijanie. Jego silną stroną nie jest także myślenie. Ogólnie jest to kawał irytującego, tępego, zadufanego w sobie dupka, którego inni tolerują i znoszą jedynie wtedy, kiedy muszą, kiedy jest im do czegoś potrzebny. Można powiedzieć zatem, że sprowadzając na siebie śmiertelne zagrożenie i stając się celem numer jeden do wyeliminowania, wreszcie dostaje za swoje i swoimi kłopotami uszczęśliwia wielu swoich przeciwników/wrogów. W tym komiksie hitman o bardzo małym rozumku (nawiązując do określenia ze słynnej książki A.A.Milne) zmuszony jest zmierzyć się z dorosłymi problemami.

Na początku tempo jest bardzo szybkie i zostajemy zarzucanie sporą ilością wiadomości, skacząc z miejsca na miejsce i od jednej postaci do kolejnej, upychając na 20 pierwszych stronach sporo rzeczy. Ma to swoje zalety, gdyż twórcy wykładają wiele kart na stół i sygnalizują bardzo wyraźnie, czego można się dalej po ich serii spodziewać. Pierwszy numer jest zatem niczym papierkiem lakmusowym, dzięki któremu możemy stwierdzić, czy to są oczekiwane przez nas klimaty, czy lepiej odpuścić. Dla mnie inauguracyjny zeszyt niczego nie urwał, był po prostu ok i jak się okazało z perspektywy czasu, warto było przy tej serii zostać. Dalej akcja trochę się uspokaja. W sensie nadal jest efektownie, nie brakuje strzelanin, ucieczek, czy krwawych starć (co rusz ktoś nowy wpada do Pluto i obiera za cel naszego hitmana), ale jednocześnie są spokojniejsze sekwencje, gdzie Starks i Pugh wyhamowują, dając odetchnąć przed kolejną mocną konfrontacją, tworząc podbudowę, fundament, nakreślając sytuację panującą w Pluto, relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Poznajemy m.in. lepiej Sophie, czy też ojca Eddiego, który jest byłym członkiem Menażerii i dosłownie nienawidzi swojego syna, a jednocześnie odgrywa ważną rolę w pierwszy story arcu.

Z jednej strony sytuacja jest bardzo poważna, ale z drugiej sporo tutaj humoru i nierzadko absurdalnych scen, przy których osobiście bawiłem się przednio. Nieprzypadkowo głównymi przeciwnikami Eddiego są postacie w komicznych zwierzęcych maskach, a herszt lokalnej bandy to były twórca komiksów i zarazem amator kiczowatych sweterków. Nie sposób się nie uśmiać na widok Wielkiego Koguta, czy rozwścieczonego Richarda Smileya.

Jak już wspomniałem Eddie to kompletny palant, który dostał za swoje i pakuje się z jednych kłopotów w drugie, ale w tym całym zamieszaniu otwiera się przed nim też droga do poprawy swojego życia, przemyślenia i poukładania pewnych spraw na nowo. Kiedyś myślał tylko  osobie, ale teraz widać - chociażby na przykładzie kobiety ze stacji benzynowej i jej syna - że coś tam się w tej głowie poprzestawiało i dla odmiany próbuje też bezinteresownie pomóc innym. Zobaczymy, w jaką stronę to się rozwinie.

Steve Pugh (THE FLINTSTONES, ANIMAL MAN, PEACEMAKER: TRIES HARD) to właściwa osoba na właściwym miejscu. Od dawna jestem wielbicielem jego stylu, zwłaszcza że kładzie duży nacisk na ekspresję twarzy poszczególnych postaci. Dzięki temu sprawdza się idealnie w warunkach, gdzie mamy do czynienia z historiami o humorystycznym zabarwieniu, a o takiej przecież w tym przypadku mówimy. Widać, że poruszanie się w takich realiach przychodzi mu z dużą lekkością i łatwością. Jest sporo genialnych mniejszych kadrów, które wywołują banana na twarzy podczas czytania. Cieszą designy poszczególnych postaci, gdzie każdy jest unikalny, niepowtarzalny, nie sposób się pogubić w tym, kto jest kim, jak to u niektórych artystów bywa. Wizualnie jest po prostu świetnie i nie ma się do czego przyczepić, kawał solidnie wykonanej roboty, do czego zresztą Pugh zdążył już swoich fanów przyzwyczaić. Wysoka jakość od pierwszej do ostatniej strony.

END OF LIFE nie stoi na tak wysokim poziomie, jak niedawna miniseria PEACEMAKER: TRIES HARD od tych samych twórców, ale jest to bez wątpienia dobry pod względem fabuły oraz rysunków komiks, który idealnie sprawdza się jako odskocznia, czy odstresowywacz. Część rzeczy to oczywiście kalka z innych komiksowych (i nie tylko) historii, nie wszystkie żarty trafiły też mój gust, ale całościowo oceniam tę serię na czwóreczkę z plusem według szkolnej skali. Cieszę się, że w różnorodnej ofercie DC można znaleźć również i takie pozycje, mniej poważne, pełne chorych rozwiązań, bezsensownej przemocy, przekleństw oraz absurdalnego czarnego humoru. Zdecydowanie moje klimaty, także daję lajka i czekam na więcej nie oglądając się na to, czy innym osobom ten tytuł się podoba/pasuje, czy też wręcz przeciwnie. A skoro za nami już siedem numerów i nie ma widma kasacji, to chyba komiks ten jednak się sprzedaje i takich wariatów jak ja jest więcej :P

Opisywane wydanie zwiera materiał z komiksów END OF LIFE #1 - 6.

Komiks ten, czy to w formie zeszytowej, czy pod postacią wydania zbiorczego (vol. 1 ma premierę w październiku), znajdziecie w ofercie sklepu ATOM Comics.

Autor: Dawid Scheibe

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz