Jakiś czas temu, gdy wydawnictwo Egmont zapowiedziało wydanie w naszym kraju serii 100 NABOI, byłem naprawdę bardzo ucieszony. Pierwsza próba sprowadzenia tego tytułu do Polski była kompletnie nieudana i od Mandragory otrzymaliśmy tylko niewielki fragment rozpisanej na 100 zeszytów całości. I nie ukrywam, dzieło Azzarello i Risso przez dłuższy czas było dla mnie naprawdę solidnym, a wręcz rewelacyjnym komiksem, który jednak rozjechał się dość mocno w okolicach 60-70 numeru, czyli okolic tego co od Egmontu otrzymaliśmy w czwartym tomie. Ostatecznie, przynajmniej dla mnie, finał i rozwiązanie wielkiej intrygi snutej na łamach 100 NABOI było po prostu jednym, długim rozczarowaniem i do dziś uważam, że Azzarello i Risso nie powinni byli tak kurczowo się trzymać tego, by ich dzieło zamknęło się w 100 zeszytach. Niemniej finał był jaki był i wszyscy, którzy go przeżyli rozeszli się w swoje strony, prawda? No tak, a dzisiaj oceniany komiks przedstawia właśnie losy ostatniego żywego spośród Minutemenów – bardzo charakterystycznego i potwornie brutalnego Lono.







