Pamiętam jak około dwa lat temu DC w ramach swojego imprintu Black Label zaproponowało trzy-zeszytową historię Bat-Man: First Knight. Wówczas zostałem już kupiony samym pomysłem, który pokrył się dodatkowo jeszcze z serialem The Caped Crusader. Oba utwory mają jeden podobny motyw, wokół którego orbitują. Adaptują pierwsze historie z Batmanem (jeszcze Bat-Man!), ze Złotej Ery i są osadzone w latach 30. i 40., zachowane w noirowym klimacie czarnego kina. Dlatego od razu jak Egmont zapowiedział wreszcie ten komiks na polskim rynku, od razu postanowiłem, że poczekałem już na polskie wydanie i od razu je przeczytam.
Pierwszy rycerz osadzony jest w 1939 roku, niedługo po zadebiutowaniu Bat-Mana na ulicach Gotham. Nietoperz jest jeszcze miejską legendą, którą straszy się dzieci na dobranoc. Dalej ciąży na ludziach groza Wielkiej Wojny, zwłaszcza gdy mówi się o kolejnym wielkim konflikcie na horyzoncie, kiedy to faszyzm wylewa się na ulicach Stanów. W Gotham dochodzi do morderstw. Sam Bruce Wayne przywdziewa kostium nietoperza i dochodzi do brutalnych wniosków, podczas pierwszych dni swojej krucjaty nieraz zastanawiając się, czy zdoła w ogóle przetrwać sam?
Komiks już od pierwszych stron proponuje pulpowe podejście do świata przedstawionego. Jest ściśle powiązany z komiksami ze Złotej Ery, często wykorzystując motywy i postaci, które mogliśmy wtedy obserwować. Bruce Wayne nie ma jeszcze swojego lokaja, bowiem w pierwszych komiksach jeszcze nie stworzono postaci Alfreda. Nie ma swoich podopiecznych. Jest samotnym miliarderem, który stara się wypracować rodzinną tragedię. Jak też bywało z pierwszym Bat-Manem spod pióra Fingera i absolutnie nie Kane’a, Mroczny Rycerz dochodzi do brutalnych wniosków. Zwalcza przestępczość kastetem i bronią białą, a na pewnym etapie także i pistoletem.
Dan Jurgens wprowadza niezwykły klimat Gotham lat 30., który idealnie wpisuje się w pulpowe realia pierwszych historii o Batmanie. Buduje świat na stałych elementach kina noir, cofając czytelnika bezpośrednio do tych czasów. Mieszkańcy Gotham chodzą do kin na nowości, a kolorowy film jest dla nich niezwykłym wynalazkiem. W tym też pojawia się jedna z drugoplanowych postaci, Julie Madison, którą swego czas przywrócił Snyder na łamach swojego runu, a która bezpośrednio wychodziła ze Złotej Ery.
Autor wrzuca postać Bat-Mana w dosyć realne zagrożenia. Na tym etapie redaktorzy nie wprowadzili jeszcze koncepcji współdzielonego uniwersum, zatem Mroczny Rycerz nie ma zagrożeń natury paranormalnej. Jurgens stara się nadać czystej pulpy, na łamach której powstał sam komiks. Pierwszy rycerz to historia realistyczna, której bliżej do Maski Zorro, aniżeli do takiego Absolute Batmana.
Jurgens celowo ogranicza świat wokół Bat-Mana, aby jednocześnie wzmocnić jego znaczenie jako miejskiej legendy. Nie jest tym samym herosem zwalczającym Darkseida i co tydzień ścierający się o zagładę Gotham, a zwykłym człowiekiem, który popełnia mnóstwo błędów i zwyczajnie dostaje w kość od swoich wrogów. Zagrożenie też nie jest bezpośrednio podebrane z późniejszych historii. Nie ma tu jeszcze Jokera, choć jest jeden wątek sugerujący wprowadzenie go w sequelu. Jurgens mimo to nie jest w stanie zdusić się od inspiracji niektórymi innymi złoczyńcami.
Mike Perkins zgrabnie ilustruje szare Gotham lat 30., lecz niestety trudno było mi wejść w ten świat poprzez jego ilustracje. Jest w nim mnóstwo wizualnych cytatów wobec nurtu black cinema, lecz szarość tego świata zwyczajnie przytłacza. Może jest to powiązane ze skrajnie innym odbiorem kolorowych zeszytów ze Złotej Ery. Perkins zupełnie odwraca styl, podbierając zaledwie projekty postaci takich jak właśnie Bat-Man czy komisarz Gordon.
Wizualnie temu światu jednak bliżej do Nietykalnych de Palmy, aniżeli do komiksów z czasów Fingera. Nie jest to zarzut, bowiem bardzo cenię sobie próbę reinterpretacji nie tylko o ten jeden materiał źródłowy, a o dodatkowe inspiracje. Niestety jednak wizualnie wypada on bardzo blado, ograny na jednych barwach. Styl w rezultacie jest niezapadający w pamięć, może poza pojedynczym, mocno karykaturalnymi grymasami gangsterów.
Problemem, jaki mam z tym komiksem to dialogi, które mają imitować te ze Złotej Ery. Na ten moment możemy tamtym komiksom zawdzięczać przedstawienie mnóstwa postaci, których losy obserwujemy po dziś dzień, lecz niestety nie są aż tak dobre, jakbyśmy wszyscy chcieli. Dziś są ciekawostką, dosyć toporną i niekonieczną do rozpoznania w aktualnym świecie komiksu.
Jurgens próbuje rozpisać emocje bohaterów na dymkach, nie jako myśli, a wypowiadane na głos dialogi. Zabiera to historii autentyczności, a zdaje się być tanim chwytem na podkreślenie tej pulpowej inspiracji. Myślę, że niektóre sceny lepiej zadziałałyby bez niepotrzebnych kwestii o tym jak Bat-Man poparzony wraca i na głos mówi, że w swojej krucjacie nikogo nie ma. Odbiera to dynamizmu i jakiejkolwiek immersji. W tym wszystkim zbyt mało jest wątku detektywistycznego, a zbyt wiele przegadanych dialogów i akcji, a pamiętajmy, że wpisuje się w realia zaledwie kilkunastu zeszytów Detective Comics.
Nie chcę mówić tu o zawodzie, bo bardzo cenię sobie tego typu powrót do korzeni postaci, niemniej moje oczekiwania mogły być trochę na wyrost. Jurgens i Perkins nie stworzyli ponadczasowego komiksu, a zwyczajnie ciekawostkę, która będzie głównie dla tych, którzy cenią sobie detektywistyczne historie ze schyłku pulpy. Niemniej są znacznie lepsze tytuły we współczesnym komiksie, jak chociażby Pulp Eda Brunakera, który zdaje się znacznie naturalniej wyczuwać motywy powyrywane z tanich magazynów literackich, jednocześnie też wrzucając bohaterów w zalane faszyzmem Stany.
Pierwszy Rycerz dostał już swoją kontynuację, pod nazwą The Bat-Man: Second Knight. Mimo wszystko jestem zainteresowany tym światem i tym jak Jurgens popchnie swojego Bat-Mana dalej, w ramach kolejnych komiksów z tej serii.
---------------------------------------------
Komiks otrzymaliśmy do recenzji, co nie ma wpływu na ostateczną opinię.
Opisywane wydanie zawiera materiał z oryginalnych komiksów THE BAT-MAN: FIRST KNIGHT #1 - 3.
Album ten kupicie m.in. w sklepie Egmontu oraz na ATOM Comics.
Autor recenzji: Wiktor Weprzędz




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz