Jeśli chodzi o DC, to hitami we wrześniowym pakiecie od Egmontu były dla mnie zdecydowanie SUPERMAN: CZŁOWIEK ZE STALI oraz ABSOLUTE WONDER WOMAN. Album BATMAN ARKHAM: CLAYFACE należał do tych pozycji, których premierze na naszym rynku towarzyszyło z mojej strony znacznie mniejsze podekscytowanie, nie miałem też jakichś specjalnych oczekiwań odnośnie zawartości. Ot, kolejna antologia, których jakimś szczególnym fanem nie jestem, ale jednocześnie w pełni rozumiem sens ich wydawania oraz tych, którzy tego typu komiksy zbierają. Po ubiegłorocznym albumie poświęconym Pingwinowi, tym razem wybór padła na historie z Clayface'em w roli głównej. A właściwie z Clayface'ami w liczbie mnogiej, bo na przestrzeni minionych dekad doczekaliśmy się wielu postaci posługujących się tym pseudonimem i mierzących się z Batmanem.
Zacznę od tego, że tym razem Egmont nie przespał okazji, jak to niestety wyszło z Pingwinem i wrzucił tę antologię na rynek w idealnym momencie, gdy na ostatniej prostej jest kampania reklamowa kinowej wersji przygód Clayface'a. Tutaj robimy małą pauzę i bijemy brawa naszemu kochanemu wydawnictwu za trafnie podjętą decyzję. Zbiór jest też grubszy od tego ubiegłorocznego skupionego na Oswaldzie Cobblepocie (320 stron vs 240 stron) i jak to antologia składa się z wielu różnych, niepowiązanych ze sobą historii. Jest ich tutaj aż 12, z czego dwie są dłuższe niż jeden zeszyt i składają się odpowiednio z dwóch oraz z aż czterech części. Zaczynamy od debiutu Basila Karlo w roku 1940, a następnie wędrujemy kolejno do lat 1961, 1978, 1987, 1998, 2002, 2005 oraz 2013. O ile mi wiadomo (coś mi mogło umknąć, bo nie czytam wszystkiego co wyszło w Polsce) w naszym kraju ukazały się wcześniej trzy zeszyty z tego zbioru. Opowieść z udziałem Catwoman od Eda Brubakera i Darwyna Cooke'a, a także dwuczęściowa historia z końca lat 70-tych, jaka pojawiła się w 113 tomie kolekcji DC Bohaterowie i Złoczyńcy od Hachette. Natomiast wszystkie pozostałe dopiero teraz miały okazję zadebiutować w kraju nad Wisłą.
Ta antologia to zgodnie z tym, czego można się było spodziewać, bardzo różnorodny tematycznie i wizualnie album, stanowiący mieszanką klasycznych i oldskulowych klimatów oraz bardziej współczesnych opowieści. Tych drugich jest znacznie więcej, także nie ma obawy, że będzie trzeba męczyć się z dużą ilością archaicznego materiału. Zresztą, jak na różne ramotki ze Złotej Ery i Srebrnej Ery, te z debiutem Basila Karlo oraz później Matta Hagena są nawet całkiem znośne. Jak zawsze traktuję tego typu albumy jako ciekawostki, które skierowane są zwłaszcza do tych, którzy nie mieli styczności z tytułową postacią, albo np. dopiero teraz dowiadują się, że od momentu debiutu Basila Karlo Clayface'ów doczekaliśmy się jeszcze co najmniej siedmiu. Można sobie porównać originy, posiadane moce, czy to, jak dane postacie wykorzystują swoje nowe umiejętności/godzą lub nie godzą się ze swoim losem.
Jeśli popatrzymy pod kątem
ilustracji, to lista artystów prezentuje się bardzo okazale. Jim Aparo, Kelley
Jones, Mike Mignola (tym razem wyjątkowo z tuszem nałożonym przez Kevina
Nowlana), Darwyn Cooke, J.H. Williams III, Keith Giffen czy Tom Grummett to
nazwiska, które większość osób powinna kojarzyć, gdyż na przestrzeni lat
dołożyli oni swoją znacząca cegiełkę do rozwoju komiksowego świata DC. Naprawdę
dobrze się bawiłem mogąc ponownie podziwiać ich prace na konkretnym etapie ich
kariery, gdzie styl niektórych legendarnych rysowników odbiega nieco od tego,
jaki wypracowali w późniejszych latach, lub kreska wygląda inaczej ze względu
na gościnną współpracę z jakimś równie znanym inkerem. W całym zbiorze nie
trafiłem na ilustracje, które odbiegają wyraźnie poziomem od pozostałych,
rozczarowują, czy psują odbiór lektury. Oczywiście przy założeniu, że na komiks
z roku 1940 patrzymy przez pryzmat tamtych czasów.
O ile mam pozytywne doznania odnośnie szaty graficznej, o tyle fabularnie znajdziemy w środku w większości przeciętne historie. Są to zarówno zamknięte opowieści, jak i fragmenty wycięte z dłuższych historii/runów. Dodanie SECRET ORIGINS #44 sprawia, że kilka z debiutów zinterpretowane zostają na nowo (origin Matta Hagena pojawia się nawet w 3 wersjach!) i otrzymujemy je lekko odświeżone, co chyba nie jest trafionym rozwiązaniem, gdyż zamiast wracać jeszcze raz do początków konkretnej postaci, można było pokazać jej dalsze losy i rozwój. Trochę zmarnowana okazja. Najmilej wspominamy lekturę fragmentów poświęconych dramatowi Prestona Payne'a, historia piątego Clayface'a opowiedziana przez Douga Moencha i narysowana przez Kelleya Jonesa, czy też wieńcząca ten zbiór propozycja od Johna Laymana i Cliffa Richardsa, którą w oryginale zdobiła reklamująca cały omawiany komiks okładka Guillema Marcha. Zdecydowanie najsłabszym ogniwem okazała się ta najdłuższa opowieść, czyli z udziałem Husha, stanowiąca fragment większej układanki poświęconej Tommy'emu Elliotowi, jaką w ramach serii BATMAN: GOTHAM KNIGHTS wymyślił A.J. Lieberman. Nawet po latach widać, jak to był tragiczny dwuletni run, o którego istnieniu lepiej nie wiedzieć. I jednocześnie występ Husha, który najlepiej uznać za niebyły. Nic dziwnego, że całość nigdy nie ukazała się w formie zbiorczej. Nie lubię sytuacji, gdy na rynku w USA jest dostępne tyle dobrego bat-materiału, a polski czytelnik dostaje tego typu padlinę.
Komiksów z udziałem Clayface'a w Polsce do tej pory nie ukazało się jakoś przesadnie dużo, dlatego każde jego pojawienie się cieszy. Inna sprawa, że to nie jest szczególnie udany zbiór, który z czystym sumieniem mógłbym polecić. Żadna z przedstawionych tutaj historii nie jest wybitna, a nawet bardzo dobra i na tyle ciekawa, że chciałoby się do niej kiedyś wracać. Selekcja materiału pozostawia wiele do życzenia, nie pomaga dublowanie originów, a także pominięcie rzeczywiście wartych uwagi zeszytów i marnowanie dużej ilości miejsca na słabizny fabularne typu "To, co nadejdzie". O ile cieszyłem się z zakupu BATMAN ARKHAM: PINGWIN, o tyle BATMAN ARKHAM: CLAYFACE nie jest w mojej opinii komiksem, w który warto inwestować (niemałe przecież, bo okładkowo Egmont woła aż 149,99zł) swoje pieniądze. Opis z tyłu okładki "Tom gromadzi znakomite opowieści o tych złoczyńcach (...)" wprowadza w błąd i jest jakimś nieporozumieniem. Nie dajcie się nabrać ;)
Zamiast kupować ten komiks i tym samym trochę w mojej ocenie wyrzucać pieniądze w błoto, czy w tym przypadku - glinę, lepiej zaoszczędzić je i wydać na BATMAN: MROCZNE SCHEMATY, który ma premierę pod koniec tego miesiąca. Ale wiadomo, zrobicie jak zrobicie, to tylko moja opinia i nikogo do niczego nie zmuszam. Są przecież tacy, dla których antologie to bogate źródło wiedzy dające sporo frajdy. I spoko.
Jeśli natomiast faktycznie szukacie czegoś dobrego w temacie Clayface'a, to ze starszych tytułów polecam przeczytać np. "The Mud Pack" Alana Granta i Norma Breyfogle'a z DETECTIVE COMICS #604 - 607. Z całkiem świeżych rzeczy warto sprawdzić rewelacyjny one-shot BATMAN: ONE BAD DAY - CLAYFACE #1 (scen. Collin Kelly, Jackson Lanzing, rys. Xermanico, rok wydania 2023), czy też maksiserię BATMAN AND ROBIN: YEAR ONE (scen. Mark Waid i Chris Samnee, rys. Chris Samnee, rok wydania 2024-2025). Dobrze prezentuje się wizualnie oraz fabularnie aktualnie wydawana w USA miniseria CLAYFACE: CELEBRITY DIRT (scen. Jude Ellison S. Doyle, rys. Fran Galan). A bezdyskusyjnie najlepszą wersję człowieka z gliny ever znajdziemy nie w komiksie, tylko oczywiście w BATMAN: TAS :D
-----------------------------------------------
Komiks otrzymany do recenzji od wydawcy, przy czym Egmont nie miał wpływu na treść powyższej opinii.
Album ten zawiera materiał z oryginalnych komiksów DETECTIVE COMICS v1 #40, #298, #478 - 479, OUTSIDERS #21, SECRET ORIGINS #44, BATMAN #550, CATWOMAN #4, BATMAN: GOTHAM KNIGHTS #68 - 71, BATMAN VILLAINS: SECRET FILES AND ORIGINS #1 oraz BATMAN: THE DARK KNIGHT #23.3.
Omawiany zbiór kupicie m.in. w sklepie Egmontu oraz Na ATOM Comics.
Dawid Scheibe






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz