35 lat temu otrzymaliśmy w Polsce jeden chyba z fajniejszych, a przynajmniej pamiętany przeze mnie do dziś numer wydawanej przez TM-Semic serii BATMAN. Tym razem był to przedruk materiału z oryginalnych DETECTIVE COMICS v1 #585 - 586, czyli dwuczęściowa opowieść o debiucie Ratcatchera (Otis Flannegan), która ukazała się w USA w kwietniu i maju 1988 roku. Przypominam, że to były te czasy, gdzie nie wiadomo było, czego spodziewać się w kolejnym numerze i dopiero po zakupie swojego egzemplarza w kiosku okazywało się, jakie przygody tym razem czekała na głównego bohatera.
Wspomniany BATMAN opakowany był w piękną, jedną z najbardziej charakterystycznych dla Norma Breyfogle'a okładkę. Nie była ona akurat w żaden sposób powiązana z zawartością komiksu, gdyż pochodziła z DETECTIVE COMICS v1 #587, który u nas nie został wydany, a w którym zadebiutował złoczyńca znany jako Corrosive Man. Prosta i zarazem świetna ilustracja, która nawet pokolorowana inaczej, niż w oryginale (patrz poniżej), prezentowała się imponująco i robiła spore wrażenie. Z perspektywy czasu - mając wgląd w oryginalne okładki - należy się cieszyć, iż szwedzki oddział (na którego wersji bazował w tamtym czasie polski TM-Semic) wybrał właśnie taką a nie inną okładkę do tego komiksu.
Wewnątrz komiksu znaleźć można było dwuczęściową opowieść, w której Mroczny Rycerz musiał zmierzyć się z zupełnie nowym zagrożeniem. Spotyka na swojej drodze mężczyznę nazywającego siebie Szczurołapem, który posiadł umiejętności kontrolowania gryzoni zamieszkujących kanały pod miastem. Kanały, w których w ramach zemsty od długiego czasu trzymani w klatkach są ci, którzy kiedyś przyczynili się do skazania Ratcatchera. Nietypowe warunki, nietypowe zagrożenie, ale Batman jak zawsze znajduje wyjście z opresji i udaje mu się powstrzymać przeciwnika.
Jeśli lubicie smaczki typu co TM-Semic wyciął w porównaniu do oryginału, to spieszę z informacją, iż Szwedzi wycięli pierwszą stronę z drugiej części. Stronę, która w żadnym stopniu nie wpływa na zrozumienie przebiegu wydarzeń. Wrzucam ją poniżej:
Scenariusz napisali legendarni twórcy - Alan Grant oraz John Wagner, zaś warstwą wizualną zajął się Norm Breyfogle, na którego pracach wychowało się całe pokolenie polskich czytelników. Były to jedne z pierwszych prac Norma związane z Batmanem, zaś akcja komiksu chronologicznie rozgrywała się bezpośrednio po zakończeniu historii, w której debiutował Brzuchomówca (patrz BAT 6/92). W Polsce było to trochę inaczej porozrzucane. W pierwszej części tusz na szkice Norma nakładał Ricardo Villagran, zaś obie odsłony pokolorowała Adrienne Roy. Szczegółowe i przyjemne do śledzenia ilustracje podkreślają niezwykły klimat opowieści i nadają całości dodatkowej dramaturgii. Ale przecież wszyscy dobrze wiemy, że Breyfogle po prostu urodził się, aby rysować przygody Batmana.
Arek Wróblewski zaczął pisać strony klubowe w BATMANIE dopiero od kolejnego, 11 numeru, a zatem w omawianym zeszycie takowych niestety nie uświadczyliśmy. Dostaliśmy natomiast trzy strony z przedrukami bat-rysunków od czytelników oraz nieoczekiwanie dodatkową, dwustronicową opowiastkę z udziałem Batmana zatytułowaną "Pewnego razu...", gdzie Człowiek Nietoperz rozprawia się szybko z kilkoma uzbrojonymi złodziejami. I tutaj pojawia się ciekawa rzecz. Dopiero po latach dowiedziałem się, co tak naprawdę miałem okazję za dzieciaka przeczytać i obejrzeć na samym końcu BATMANA 10/91. Te dwie anonimowe strony bez podpisanych autorów i przedrukowane ze zmienionymi kolorami były autorstwa Lena Weina oraz Waltera Simonsona i pochodziły z jubileuszowego DETECTIVE COMICS v1 #500 z roku 1981. W polskim wydaniu nie uświadczyliśmy tych danych. Wein postanowił oddać hołd Charlesowi M. Schulzowi i nawiązać do pasków komiksowych ze Snoopym z roku 1969.
Postacie nie wypowiadają żadnych słów, a w dymkach narracyjnych dostajemy kopię słów zapisanych przez Snoopy'ego. Dziś to kultowe już i znane wszystkim kawałki FISTASZKÓW, gdzie Snoopy siedzi na dachu swojej budy i próbuje napisać na maszynie powieść zaczynając od słów "It Was a dark and stormy night". Fajny bonus, o którego istnieniu i znaczeniu chyba mało kto wtedy wiedział. Koniec ciekawostki.
Dawid Scheibe






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz