czwartek, 22 października 2026

BATMAN: HUSH 2 (H2SH)


Można obiektywnie powiedzieć, że kupa w złotym papierku nadal śmierdzi. I w tym miejscu mógłbym zakończyć tę recenzję, ale nie ma tak łatwo. Poniżej dowiecie się, dlaczego "Batman. Hush 2" lub też "Batman. H2sh" jest nie tylko najgorszym sequelem klasycznego "Batman. Hush", ale być może najgorszym bat-komiksem XXI wieku.

W swojej recenzji oryginalnego "Husha" przyrównałem go do letniego blockbustera. To popcornowy, rozrywkowy komiks, który stoi plejadą postaci i oprawą graficzną, a jego największą wadą jest tożsamość masterminda (udanie zmieniona w animowanej adaptacji). W przypadku "H2sh" mówienie o nim pozytywnie to karkołomne przedsięwzięcie mimo to spróbuję zacząć od plusów, a skończę na wadach, bo najważniejszym celem, jaki przyświeca mi, gdy piszę ten tekst, jest to, żebyście zapamiętali, by pod żadnym pozorem nie sięgać po ten tytuł.

"H2sh" ma naprawdę dobre okładki, również te alternatywne, zebrane w galerii na końcu tomu. O ile rysunki w komiksie to niestety nie Jim Lee w swoim prime time, to jego okładki nie straciły nic na jakości. Legendarny artysta przez lata stresu i pracy do późna kosztem snu nabawił się stanu przedcukrzycowego i postanowił nie zarzynać się przy desce kreślarskiej. To jednak odbiło się mocno na jego tempie pracy. Piastowane w DC Comics stanowisko i gościnne rysowanie okładek różnych serii sprawiły, że wydanie sześciu zeszytów tej bat-historii zajęło czternaście miesięcy. W tym czasie zdążyła wystartować nowa seria "Batman", która chronologicznie miała dziać się po "H2sh" (ale tak naprawdę nie ma to żadnego znaczenia). Finałowy zeszyt "H2sh" ukazał się w tym samym miesiącu co #9 nowej serii, co mocno obrazuje, o jakiej skali obsuwy mówimy. Czytanie historii na raz działa delikatnie na jej korzyść, ale to zaleta typu ekskrement w stanie stałym, a nie rzadkim.

Wydanie zbiorcze posiada obwolutę z grafiką autorstwa Joanny Karpowicz. Malarka znana z serii prac z Anubisem jest cholernie utalentowana i szkoda, że nie trafił się jej lepszy komiks. Jej praca przedstawia Mrocznego Rycerza w wesołym miasteczku, które (znane z kultowego "Zabójczego żartu") pojawia się w historii Loeba i Lee, ale jest to wybór nieoczywisty. To jest właśnie ten złoty papierek ze zdania otwierającego moją opinię. A teraz przejdźmy do konkretnego roastu.

"H2sh" to nie jest zła historia, bo to nie jest cała historia! To zaledwie część 1, o czym na końcu "finałowego" zeszytu informował napis "to be continued", którego zabrakło w wydaniu zbiorczym. Dostajecie pół złej historii, która kończy się cliffhangerem. Nie wiadomo, czy ta zostanie kiedyś dokończona, czy będzie tak sobie wisieć na tym klifie po wsze czasy. Autorzy niby "odgrażali się", że część druga (nie "Hush 3") historii pierwotnie zaplanowanej na dwanaście zeszytów powstanie... obstawiam, że może do 2040 roku.


Jak powiedzieć, że nie czytało się bat-komiksów od dwóch dekad? Być Jephem Loebem piszącym "H2sh". Jest tu tyle do odpakowania, że aż nie wiem, za co się zabrać. Mroczny Rycerz przechodzi regres i znowu językiem, jakiego używa do komunikacji staje się język przemocy. Pięści przemawiają za niego w komunikacji z bat-rodziną. W "Hushu" Bruce był bliski zabicia Jokera, tutaj zabandażowany złol stawia Batka przed dylematem: możesz uratować Jokera, ale możesz też nic nie zrobić, a wtedy uwolni świat od tego psychola. Oczywiście wiemy, jaki wybór padnie i ta decyzja sprowadzi jego relację z towarzyszami na rozdroże. Co daje Loebowi możliwość cofnięcia Jasona Todda/Red Hooda w karygodnym rozwoju i wywalenia do kosza lat rozwoju postaci. Czy razem z Brucem będą prać się po pyskach i padną pomiędzy nimi kwestie, których łatwo się domyślić? Tak, bo mindset scenarzysty jest tu na poziomie połowy lat zerowych. Bruce bije się też z Barbarą Gordon, która kwestię Jokera przepracowywała już nie raz, ale Loeb pewnie nie sprawdził tego w Wikipedii.



Są jednak dowody, że do Wiki zajrzał. W pewnym momencie w scenie, za przeproszeniem, z dupy pojawia się Robin/Damian Wayne w towarzystwie Bane'a. Ten drugi ma dług u młodego Wayne'a za zabicie Alfreda (w runie Toma Kinga) i pomaga Cudownemu Chłopcowi. Ja nazywam tę scenę "Bane z pokeballa" i umieszczam poniżej.


Hush dorobił się dwójki pomagierów. Nie pamiętam ich imion, ale te były równie cool (ironizuję) jak ich background, wkład w tę historię i design. Odnoszę wrażenie, że te postacie zalegały na dnie szuflady od lat 90. Pewnie obok Rogola Zaara (tego z czasów Bendisa przy "Supermanie"), choć tamten odgrywał jakąś rolę, a sidekicków Husha mogłoby właściwie nie być.


Sam Hush dalej gada szeptem filozoficzne cytaty, jest motyw szachów (których według Bruce'a Tommy Elliot nigdy nie lubił), w których to sam Hush niekoniecznie jest tym, który przesuwa pionki na szachownicy. Ale ćśśś, więcej nie powiem... nie dlatego, że spoilery, ale dlatego, że do końca nie wiadomo i być może tak już zostanie.

Designy. Catwoman, tak ważna w "jedynce", tutaj zmarginalizowana, ma obecny design kostiumu. Także, chociaż to zweryfikowano od strony edytorskiej. Nigdy nie byłem fanem designu Killer Croca według Jima Lee, ten tutaj również nie przypadł mi do gustu. Jest jeszcze ten nieszczęsny Riddler, który jest tu tylko dlatego, że był w oryginalnym "Hushu". Edward najwidoczniej stwierdził, że umysł nie będzie jego największym mięśniem w ciele i mocno przypakował. Widzowie animowanej "Harley Quinn" mogą nieznacznie się uśmiechnąć.


Hitem, a może kitem, jest broń, jakiej w pewnym momencie używa Hush. Mając na uwadze, że jest on chirurgiem, to jak myślicie, jakiego oręża użyje? Broni strzelającej skalpelami xD Kurtyna...


Nie mogę nie wspomnieć o wcześniejszych sequelach "Husha". Pierwszym było "Hush Returns", taki przynajmniej tytuł miało wydanie zbiorcze historii "Pushback", rozgrywającej się na kartach serii "Batman: Gotham Knights". Lubiano wrzucać tam zabandażowanego złola, ale to nie on był tam najważniejszy. Rzeczona historia tak naprawdę nawiązuje do "Zabójczego żartu", genezy Jokera i tego, że Riddler zna prawdziwą tożsamość Błazeńskiego Księcia Zbrodni. Prawdziwym sequelem jest znakomite "Heart of Hush" (z istotną rolą Catwoman i rozbudowaniem historii Elliota), pochodzące z runu Paula Diniego (tego od "Batman TAS") i Dustina Nguyena w "Detective Comics". Komiks, który szczerze i całym sercem polecam, a do którego jest jednozdaniowe nawiązanie w "H2sh". Może poprawka edytorska w skrypcie, bo nie wierzę, że Loeb ją czytał i potem popełnił zbrodnię na czytelnikach, jaką jest sequel jego autorstwa. A samo "Heart..." miało nawet swój sequel, "House of Hush" (w serii "Batman: Streets of Gotham"), nie tak dobry, jak poprzednik, ale wciąż lata świetlne od „HJ2sh”, które nie wiem czemu czytam fonetycznie „htusz”, co brzmi jak onomatopeja splunięcia.


Nie kupujcie "H2sh", nie czytajcie go nawet z biblioteki. Po kolejnej lekturze tej komiksowej pokraki w moich oczach znacząco zyskał niegdyś nielubiany przeze mnie "All-Star Batman i Robin, Cudowny Chłopiec" ze scenariuszem Franka Millera i rysunkami Jima Lee. Seria również niedokończona, za to graficznie to Lee w peaku, a historia, choć głupia, to przy tym raczej niezamierzonym absurdzie może bawić i uchodzić za guilty pleasure. Za to w "H2sh" próżno szukać jakiejkolwiek przyjemności.


Album zawiera oryginalne zeszyty „Batman” #158–163. Autorką okładki polskiego wydania H2SH jest znana artystka, malarka, ilustratorka i autorka komiksów Joanna Karpowicz ("Anubis", "Jutro będzie futro").

Komiks otrzymałem od wydawnictwa Story House Egmont. Wydawca nie miał wpływu na moją opinię.


Damian Maksymowicz

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz