Pod koniec grudnia ukazało się pierwsze wydanie zbiorcze w ramach serii ABSOLUTE FLASH. Jest to zatem dobra okazja, aby ocenić to, co dostaliśmy w ramach zeszytów 1-6, które po dłuższym czasie jeszcze raz sobie przeczytałem i obejrzałem. Rereading tego materiału nie zmienił jednak w żadnym stopniu mojej poprzedniej opinii na temat tego komiksu, który wystartował w marcu 2025 w ramach drugiej fali tytułów Absolute Universe. Poniżej kilka słów odnośnie tego, czy warto sięgnąć po przygody Flasha z alternatywnego świata, czy wręcz przeciwnie.
Nie ma mentora, nie ma flash-rodziny, nie ma też Speedforce. Na skutek nieoczekiwanego incydentu w laboratorium bazy wojskowej w Fort Fox, 15-stoletni Wally West zyskuje nagle niezwykłe moce. Przerażony tym, co go spotkało, chłopak ucieka z placówki na pustynię, a w ślad za nim ruszają Rogues.
Nie jestem jakimś wielkim zwolennikiem tego, co w temacie superbohaterów DC (Z jego JSA dałem sobie spokój, bo jest po prostu nijakie) ma do powiedzenie Jeff Lemire, stąd też siłą rzeczy nie miałem jakichś większych oczekiwań odnośnie ABSOLUTE FLASH. Z drugiej jednak strony, zauroczony tym, co dostałem wcześniej w trzech pierwszych seriach z linii Absolute Universe, nie mogłem nie sprawdzić również przygód Flasha licząc, że tutaj również dostanę jakieś oryginalne, nietypowe podejście do znanego herosa z DCU. Wally West od Lemire'a jest zgodnie z zapowiedziami pierwszym i jedynym Speedsterem w tym alternatywnym świecie. Akcja skacze pomiędzy teraźniejszością, a tym, co działo się chwilę wcześniej, m.in. bardzo powoli odtwarzając krok po kroku wydarzenia w laboratorium, które doprowadziły do wywrócenia dotychczasowego życia młodego Westa do góry nogami.
Wally to syn surowego i wymagającego wojskowego (z czasem dostajemy więcej danych i zmienia się postrzeganie przez czytelnika pułkownika Westa), z którym relacje nie układają mu się zbyt dobrze. Jest samotną i smutną postacią, gdyż ze względu na styl życia i liczne przeprowadzki nie ma żadnych przyjaciół, czy znajomych. Jedynie Barry Allen wydaje się na początku kimś, kto próbuje okazać względem Wally'ego jakieś ludzkie emocje. Jakby tego było mało otrzymuje od losu coś, o co nie prosił, a co sprowadza na niego spore kłopoty. Czytelnik wyraźnie czuje to wszystko, z czym mierzy się ten nasz nastoletni rudzielec, który może liczyć tylko na siebie, gdyż nikt mu nie wyjaśni, jak działają jego moce. Wszystko będzie musiał odkryć sam na zasadzie prób i błędów w myśl zasady stosowanej przy nauce na rowerze - jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz. Główny bohater przez większość czasu ucieka, próbując ogarnąć swoje umiejętności, spotykając na swojej drodze m.in. Ralpha Dibny, Lindę Park, czy Heat Wave'a i wyrywając się z rąk Rogues. Ci ostatni dostają w szóstym zeszycie więcej miejsca i dowiadujemy się pewnych szczegółów na ich temat, ale szczerze mówiąc numer ten nie sprawił, że drużyna ta stała mi się jakoś bliższa i zacząłem przejmować się ich losem. W tym komiksie bowiem wszystko kręci się dosyć monotonnie wokół eksperymentów prowadzonych przez wojskowych, w wyniku których każda z postaci otrzymała swoje nowe zdolności oraz wygląd, czasem z własnej woli, a innym razem przy użyciu siły. W tym natłoku nudnych postaci wyróżnia się zdecydowanie Grodd. Bardzo podoba mi się nowe podejście do tego złoczyńcy, który tutaj szybko nawiązuje bliższą relację z Wallym, a obaj tworzą zgrany, dobrze rozumiejący i uzupełniający się duet.
Pierwsze trzy zeszyty czyta się błyskawicznie, kolejne obfitują już w więcej tekstu i spowalniają trochę akcję, ale nie zmienia to wrażenia, iż cały omawiany tom nie dostarcza jakoś szczególnie wiele informacji i ogólnie dzieje się niewiele. Inauguracyjny zeszyt był ok, ale potem poziom zamiast iść w górę, zatrzymał się lub niestety momentami poszedł nawet w dół. Są jakieś krótkie wstawki, czy też obrazy pochodzące z wizji Wally'ego, gdzie przemycane są zagadkowe na tę chwilę sceny związane z Projektem Olympus, Barrym Allenem oraz dotyczące przyszłości Flasha, są też wspomniane Lazarus Corp i Gateway City, aby podkreślić jedność całego uniwersum. Ale to wszystko (nawet te nieliczne twisty i cliffhangery) to jednak w mojej ocenie za mało, aby utrzymać uwagę czytelnika i jego zainteresowanie serią. Ten komiks jest po prostu zbyt zwyczajny i zbyt nudny, jakby twórcy nie potrafili lub nie chcieli wykorzystać w pełni szansy, którą niesie ze sobą Absolute Universe.
Jeszcze słowo na temat warstwy wizualnej. Już przedpremierowe plansze udowodniły, że Nick Robles bez problemu odnajdzie się we flashowych klimatach. Ilustracje są wystarczająco szczegółowe, "grzeczne", a dodatkowo wprowadzają coś nowego, jeśli chodzi o moce Wally'ego. Czerwone rozbłyski i wyładowania ukazane na żółtym tle wręcz ożywają, przybierając kształty różnych postaci ze wspomnień młodego bohatera. Nie powiem - wygląda to bardzo imponująco, zwłaszcza dwustronicowe rozkładówki. Adriano Lucas dołożył swoją istotną cegiełkę. Zadbał o ciepłą, przyjemną dla oka kolorystykę, wychodząc poza pewne schematy i dobrze wykorzystując jakże charakterystyczną i nieodłączną dla głównego bohatera czerwień. Niestety zeszyty 4-5 rysuje gościnnie A. L. Kaplan, który znacząco odstaje od Roblesa i zaniża poziom swoimi niewyróżniającymi się na tle innych superbohaterskich komiksów ilustracjami.
Trzej królowie z Absolute Universe to Martian Manhunter, Batman oraz Wonder Woman, a serie z ich udziałem dostarczają mi za każdym razem wiele przyjemności. Flash - jak na ironię - pozostaje daleko w tyle za nimi, wypadając w porównaniu z wymienionymi blado, biegnąc w samym ogonie wspomnianej linii. Co prawda ostatnimi czasy coś się w temacie ruszyło (oby nie była to chwilowa tendencja) i widać, że projekt Jeffa Lemire'a wreszcie skręca w ciekawsze rejony, ale nadal jest to jakościowo znacznie niższa półka, niż pozostałe tytuły osadzone w świecie napędzanej energią Darkseida. ABSOLUTE FLASH: OF TWO WORLDS nie jest komiksem, którego zakup i lekturę mogę z czystym sumieniem polecić, a bardziej go odradzić. Bije od niego przeciętność, wolne tempo, powtarzalność i nuda, a przecież nie takie rzeczy chcemy znaleźć w komiksie należącego do tak chwalonego nie tylko na DCManiaku Absolute Universe.
I jeszcze jedna rzecz, której się obawiam. W przyszłym roku Egmont rusza w naszym kraju z pierwszymi tomami ABSOLUTE BATMAN, ABSOLUTE WONDER WOMAN oraz ABSOLUTE SUPERMAN. Jeśli te serie "zaskoczą", to być może Egmont rozważy wydawanie w Polsce kolejnego tytułu z tej linii, a ponieważ Martian Manhunter jest mało popularny i zapewne sprzedawalny, zaś z Green Lanternem jakoś od dawna polskiemu wydawcy nie po drodze, to pewnie wybór padnie na tę najsłabszą, czyli serię z udziałem Flasha...
---------------------------
Opisywane wydanie zawiera materiał z komiksów ABSOLUTE FLASH #1 - 6.
Jeśli chcecie mimo wszystko sprawdzić omawiany komiks, to (w twardej lub miękkiej oprawie do wyboru) kupicie go bez problemu na ATOM Comics.
Autor recenzji: Dawid Scheibe




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz