Lex Luthor jest jednym z najmądrzejszych ludzi na Ziemi. Debaty, czy to Batman, czy "łysy z Metropolis" powinien dzierżyć palmę pierwszeństwa nie przynoszą jednoznacznych odpowiedzi. Tym, co dorównuje umysłowi Luthora jest jego ego, a solą w oku od lat pozostaje pewien latający kosmita z loczkiem. Luthor szczerze nienawidzi Supermana, jawnie bądź skrycie zazdrości mu tego, jak patrzą na niego ludzie, będąc święcie przekonanym, że Człowiek ze Stali na to nie zasługuje. Wszakże ten przybysz z innej planety nie jest człowiekiem, stanowi potencjalne zagrożenie i ogranicza ludzkość w osiągnięciu wielkości. A - i może to najważniejsze - Superman nie zabiega o uwielbienie, które i tak dostaje, podczay gdy on, Lex Luthor, człowiek i do tego niekwestionowany geniusz, go nie otrzymuje. Lex uważa siebie samego za apogeum homo sapiens, przegrywa jednak z kwientesencją herosa, jaką jest Superman i mimo swojego poziomu IQ nie zdaje sobie sprawy czemu tak się dzieje.
Jednakże desperackie okoliczności wymagają niekiedy desperackich środków. Luthor eksperymentując nad n-tą bronią, mającą zgładzić Krytponijczyka zostaje śmiertelnie skażony. Nie potrafi sobie pomóc, a świadomość nieuchronnie zbliżającej się śmierci sprawia, że zwraca się o pomoc do najbardziej znienawidzonej przez siebie istoty. Poniekąd wmanewrowuje Supermana w udzielenie mu pomocy, ale prawda jest taka, że dla eSa nie ma większej świętości nad ludzkie życie (dlatego mimo różnic łączy go przyjaźń z Mrocznym Rycerzem). Jak możemy przeczytać na tylnej okładce w poszukiwaniu lekarstwa udadzą się na "krańce wszechświata, do innych wymiarów i w inne epoki". Nie będzie to stricte buddy cop movie w wersji komiksowej, ale swego rodzaju droga Luthora do oświecenia, która pomoże mu spojrzeć na Supermana oczami innych. I właśnie w tym upatrywałbym dlaczego na okładce nie ma Lexa. To jego oczami - gdy spada z nich bielmo zaślepiającej nienawiści - patrzymy na Supka, w swych ostatnich dniach być może po raz pierwszy ze zrozumieniem.
Miło przeczytać komiks z Black Label, który nie traktuje o Batmanie, a jednocześnie jest tak dobry. Zdecydowanie drugi biegun ostatnio wydanego po polsku, pokracznego SUPERMAN KONTRA LOBO. OSTATNIE DNI LEXA LUTHORA z miejsca stały się obok LEX LUTHOR: CZARNY PIERŚCIEŃ moją ulubioną pozycją z nemezis Człowieka ze Stali. Kto, jak to, ale scenarzysta Mark Waid czuje te postacie, co pokazał wcześniej w SUPERMAN: DZIEDZICTWO. Recenzowany komiks można poniekąd traktować jako jego duchowy sequel, chociażby ze względu na to, że w obu tytułach istotne jest, że Clark i Lex znają się z czasów wspólnego dzieciństwa w Smallville, gdzie Clark był jedynym przyjacielem małego już wówczas geniusza. Oprawa graficzna również jest bez zarzutu, Bryan Hitch dopracował ją, a zajęło mu to niemało czasu. Historia, składająca się z trzech pogrubionych zeszytów ukazywała się na rynku amerykańskim niemalże przez 2 lata. Zdecydowanie warto było czekać. Dla fanów, czy to Luthora, czy eSa totalny must have, jeden z najlepszych komiksów DC, jakie ukazały się po polsku w 2025 roku.
Album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w amerykańskich zeszytach „Superman: The Last Days of Lex Luthor” #1–3, galerię alternatywnych okładek oraz szkice Bryana Hitcha i Kevina Nowlana.
Komiks otrzymałem od wydawcy, który nie miał wpływu na moją opinię.
Damian Maksymowicz

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz