Na pierwszy dzień nowego roku roku przekornie wybrałem coś w klimatach apokalipsy i końca świata. W grudniu 2022 roku zakończył się obsypany wieloma wyróżnieniami oraz nagrodami komiks THE NICE HOUSE ON THE LAKE (W Polsce wydany w dwóch tomach jako MIŁY DOM NAD JEZIOREM), za który odpowiadali James Tynion IV oraz Alvaro Martinez Bueno. Kilkanaście miesięcy później, a konkretnie w lipcu 2024 roku, za sprawą tych samych twórców wystartował obiecywany sequel, albo jak kto woli drugi sezon, czy też drugi cykl tego thrillera sci-fi połączonego z elementami body horroru. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie pierwsza maksiseria była pod każdym względem bardzo udana i z niecierpliwością czekałem na jej kontynuację. Dziś zatem słów kilka na temat pierwszych sześciu zeszytów serii THE NICE HOUSE BY THE SEA, gdzie ponownie zanurzamy się w ten ciekawie zbudowany apokaliptyczny terror.
"We aren't the last humans. We still need to prove ourselves exceptional, if we want the eternity we were promised"
Tajemnicza kobieta o imieniu Max gromadzi dziesiątkę obcych sobie ludzi, którzy z własnego wyboru decydują się uniknąć zagłady planety i zamieszkać w raju, jakim będzie dla nich już na zawsze luksusowa willa nad Morzem Śródziemnym. Wszyscy są mistrzami w swoich dziedzinach, najlepszymi i najbystrzejszymi przedstawicielami ludzkości. Niezbyt jednak lubią siebie nawzajem, przez co w domu panuje atmosfera obcości i ciągłego napięcia. Po dwóch latach wspólnego, beztroskiego życia ich sytuacja nagle się zmienia, a nieoczekiwane odkrycie sprawia, że ich droga do dalszego długiego życia wiedzie przez nieuniknioną bitwę z przedstawicielami innego domu.
Cierpliwość miłośników THE NICE HOUSE ON THE LAKE została wystawiona na ciężką próbę. Kiedy zapowiadany już na ostatniej stronie #12 pierwszej serii sequel wreszcie wystartował (i po drodze przemianowano go z Black Label na DC Vertigo), okazało się, że zeszyty 5 oraz 6 dostały pewnej zadyszki, a następnie historię urwano w połowie, przez co od marca 2025 czekamy na ciąg dalszy tej opowieści. Ten nastąpi dopiero w lutym 2026, czyli w ramach pierwszej fali tytułów z przywróconego do życia imprintu Vertigo. Stąd też recenzuję jedynie pierwszą część opowieści, gdyż - jak dobrze pójdzie - zakończy się ona w formie zeszytowej w połowie najbliższych letnich wakacji. Zanim przystąpiłem do lektury THE NICE HOUSE BY THE SEA zaaplikowałem sobie i odświeżyłem wcześniejsze wydarzenia, jakie rozegrały się w domu przygotowanym przez Waltera, co Wam również polecam uczynić. Po pierwsze dlatego, że to był udany i przyjemny powrót do tego komiksu, a po drugie dlatego, że THE NICE HOUSE BY THE SEA to nie jest jakaś zamknięta historia, tylko bezpośrednia kontynuacja. Nie jest wskazane brać się za drugi rozdział większej opowieści, skoro nie przeczytało się pierwszego. Logiczne, prawda?
Nowe postacie, nowa lokalizacja, nowy perfekcyjny dom, nowe niebezpieczeństwa i problemy, ale jednocześnie te same, dobrze nam znane realia z poprzedniej serii, po części obserwowane z innego punktu widzenia. Tynion IV oraz Bueno w charakterystyczny dla siebie sposób, znów powoli i skrupulatnie serwują szczątkowe informacje, budując większą opowieść. Naszym przewodnikiem jest w inauguracyjnym zeszycie Oliver, który w domu nad morzem nosi pseudonim Aktor, i który jest bliską osobą także dla Waltera. Mając w pamięci wydarzenia z poprzedniej serii, tym razem część rzeczy jest nam już na wstępie dobrze znana i zdajemy sobie sprawę, o co mniej więcej chodzi w tej grze, do której zapraszają nas oraz swoich bohaterów twórcy. Zamysł jest podobny, tyle że tym razem mamy do czynienia z grupą składającą się rzeczywiście z wybitnych jednostek, co miał za zadanie zrobić Walter, i czego nie wykonał, łamiąc narzucone przez zwierzchników zasady. Postanowił bowiem uratować osoby, na których mu z jakiegoś powodu zależało, zaś Max do swojego domku/komórki zaprosiła ścisłą elitę z różnych dziedzin. Twist jest taki, że nowa grupa jest od początku świadoma, co się stało ze światem oraz ich bliskimi, a do tego wydaje się mieć więcej swobody w działaniach, otrzymując w swojej rajskiej bańce (nie wiadomo, ile dokładnie tych baniek jest) spory kredyt zaufania od Max. Rozpostarty przed nimi duży wachlarz możliwości kontrolowania wielu czynników (pogoda, własne ciało itp.) niesie ze sobą zarówno plusy, jak i minusy. Jak tu wytrwać ze sobą nieskończenie wiele lat, jeśli już po dwóch dokucza co raz bardziej nuda, monotonia, samotność, a z czasem zapewne nie będą już mogli na siebie patrzeć, czego pierwsze oznaki widać już na początku komiksu. Raj, nieśmiertelność, spełnione wszystkie zachcianki, ale jednocześnie poczucie, że to długo w takim kształcie nie przetrwa. Wpływ na to nie będą mieli bawiący się w eksperymenty kosmici, tylko znając życie raczej zamknięci ze sobą ludzie, których różne charaktery umieszczone razem w jednym miejscu stanowią tykającą bombę. Bo przecież od razu widać, że to nie jest jedna wielka i kochająca się rodzinka. Na razie nie wiemy zbyt wiele na ich temat, nie mają też żadnej więzi z Max, co jest zupełnym przeciwieństwem tego, co zaobserwowaliśmy w układzie Walter - jego przyjaciele.
Dosyć szybko wracamy do postaci z pierwszego domu, gdzie po śmierci, a w rzeczywistości usunięciu się w cień Waltera, mieszkańcy żyją w przekonaniu, że to oni trzymają za stery. Siłą serii, podobnie jak jej poprzedniczki, są relacje międzyludzkie, studium postaci oraz skrywane przez poszczególnych lokatorów sekrety, dzięki czemu dostajemy rzucone więcej światła na podjęte przez Waltera decyzje, zagłębiamy się w osobiste dramaty jego przyjaciół, łatwiej zrozumieć jest podjęte przez nich kroki. Uchylone drzwi/furtka pomiędzy domami to jednocześnie otwarcie nowych możliwości i przekonanie się, jak w obliczu takiej rewelacji zareagują przedstawiciele obu obozów. Wszyscy zdają sobie jednak dobrze sprawę, że biorą udział w dłuższej grze, w której przetrwają ci silniejsi oraz sprytniejsi. Rozpętany już w pierwszym rozdziale nowej serii burza (dosłowna i w przenośni) zwiastuje ciekawe wydarzenia, których przebiegu nie do końca jesteśmy w stanie na tym etapie przewidzieć. I to jest w tym wszystkim chyba najfajniejsze. Zwłaszcza po cliffhangerze, jaki otrzymujemy w szóstym zeszycie.
Niezwykle istotną rolę odgrywają w tej opowieści ilustracje. Rysunki jakie tu widzimy zdecydowanie nie należą do tych standardowych, dopieszczonych pod względem detali, trafiających w gusta przeciętnego czytelnika. Alvaro Martinez Bueno już wcześniej miał okazję współpracować z Tynionem IV tworząc dla DC serie, jakie wspominam we wstępie tej recenzji, ale tym razem Hiszpan zmodyfikował swój styl, odcinając się mocno od superbohaterskich klimatów. Trochę chaotyczna, celowo momentami rozmyta i brudna kreska jest niezwykle hipnotyzująca, idealnie oddaje niepokojącą atmosferę całej historii, na dłużej zapada w pamięć. Nie ma tutaj przesadnego efekciarstwa, niewiele uświadczymy rozlewu krwi, a swoje robi gra cieniami, operowanie tuszem, sposób ukazania różnych wersji Waltera i manipulowanie/kształtowanie przez niego rzeczywistości, czy też ciekawe krajobrazy. Zdecydowanie jest na czym zawiesić oko. Do tego jeszcze Jordie Bellaire i jej niesamowite połączenia kolorów.
Alvaro Martinez Bueno oraz Jordie Bellaire (kolory) po raz kolejny zapewniają czytelnikom prawdziwą ucztę dla oczu, a bez ich pracy ten komiks nie robiłby takiego wrażenia na odbiorcy. Sielanka, wnętrze willi, cudne krajobrazy, wszelkie niestandardowe efekty towarzyszące pojawianiu się Max i Waltera, przerażające rzeczy związane z manipulacją ludzkim ciałem, czy też niesamowite ujęcia podczas burzy. Jest tak wiele większych i mniejszych elementów, na których na dłużej można zawiesić z podziwem swój wzrok. Rysunki nie są monotonne, zmieniają się w zależności od tego, z jakim rodzajem sytuacji mamy do czynienia, potrafiące w razie potrzeby spotęgować niepokój i grozę, a kiedy indziej nadać bardziej sielankowy klimat. Efekt jest według mnie niesamowity. Jestem zachwycony szatą graficzną, która wręcz hipnotyzuje od początku do samego końca. Pojawiają się także dobrze znane z pierwszej maksiserii wstępy, flashbacki, gdzie narratorem jest zawsze inny z mieszkańców domu, czy efektowne dwustronicowe rozkładówki. Są oczywiście także różne przerywniki, jak np. transkrypcja nagranych rozmów pomiędzy domownikami, wymiana korespondencji, czy wgląd w album z dawnymi zdjęciami. To są integralne i ważne dodatki, które w praktyce dostarczają istotnych informacji na temat poszczególnych bohaterów oraz ich relacji z Walterem, czy Max.
Co prawda przedstawiona na przestrzeni tych sześciu numerów historia nie wbiła mnie w fotel i nie wywołała takiego efektu zaskoczenia, jak poprzednia maksiseria, ale z pewnością dostarczyła sporo przyjemności, mocno zaintrygowała i skłoniła do tego, żeby jak najszybciej sięgnąć po kontynuację. Dobrze było wrócić do świata, jaki Tynion IV oraz Martinez Bueno wykreowali na kartach THE NICE HOUSE ON THE LAKE. Sporo już na tym etapie wiem, ale jest jeszcze wiele pytań, na które pragnę poznać odpowiedzi i mam nadzieję, że twórcy zaspokoją duże oczekiwania, jakie mam związane z pozostałymi sześcioma rozdziałami. Zapowiada się na epicką bitwę, z której zapewne nie wszyscy wyjdą żywi, i która rozpocznie się w USA już na początku lutego.
I na koniec dobra wiadomość dla wszystkich fanów pierwszej serii/pierwszego cyklu - jak wynika z opublikowanych w grudniu zapowiedzi Egmontu, omawiany przeze mnie komiks ukaże się pod koniec lutego również w Polsce.
Opisywane wydanie zawiera materiał z oryginalnych komiksów THE NICE
HOUSE BY THE SEA #1 - 6. Jeśli nie chcecie czekać na polskie wydanie, to już teraz kupicie wersję anglojęzyczną w sklepie ATOM Comics.
Autor recenzji: Dawid Scheibe





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz