poniedziałek, 31 marca 2025

HELLBLAZER: PAUL JENKINS TOM 2

Po 8 miesiącach przerwy doczekaliśmy się publikacji w Polsce drugiego i zarazem ostatniego tomu przygód Johna Constantine'a, gdzie za scenariusz odpowiada Paul Jenkins. I to jeszcze grubszego, niż ten pierwszy. Solidna porcja lektury dla zagorzałych fanów serii HELLBLAZER, którzy tym samym mogą wypełnić kolejną lukę w swojej kolekcji z przygodami pochodzącego z Liverpoolu maga. Pora zatem sprawdzić, w jakim kierunku ewoluowała wizja Jenkinsa na przestrzeni 20 nowych rozdziałów oraz w jakim miejscu pozostawi Johna pod koniec snutej przez siebie krok po kroku opowieści.

Co tym razem spotkało tego budzącego swoim zachowaniem spore kontrowersje, parającego się magią i okultyzmem, prowadzącego dalekie od przykładnego życie, wpadającego w ciągłe kłopoty i potrafiącego w każdym miejscu narobić sobie wrogów antybohatera? Otóż John odprawia pewien rytuał na perwersyjnej imprezie dla bogatych i sprowadza niezamierzenie złowieszczy byt, spotyka wilkołaki na farmie w Yorkshire, bierze udział w rozgrywce pomiędzy Królem Arturem oraz Merlinem i próbuje zażegnać chaos panujący w całej Anglii, przywraca naruszony porządek i uspokaja obrażone cmentarne duchy, bierze udział w rodzinnych obchodach Święta Dziękczynienia, czy też zaprasza na wycieczkę po swoim życiu w ramach przełamywania tzw. czwartej ściany.

Constantine próbuje wieść stosunkowo normalne życie, w otoczeniu grupki bliskich mu osób, ale niestety nie jest mu to pisane. Tradycyjnie już kiedy chce się trzymać z dala od kłopotów, tylko je przyciąga niczym magnes. Jednocześnie sprowadza różne nieszczęścia na swoich znajomych, a to ze względu na sposób jego działania, w którym nie brakuje podstępu, manipulacji, oszustwa oraz rozgrywania ryzykownych gierek na różnych frontach. Nic dziwnego, że nawet dotychczasowi kumple w jednej chwili stają się jego wrogami, tracąc życie lub trafiając do piekła. Jenkins ponownie wyraźnie skupia się na Anglii, przemycając do komiksu różne i liczne elementy związane z kulturą oraz historią tego kraju, nie brakuje też nawiązania do legend i podań. Jedynie przez chwilę wybieramy się poza granice lokalnych, bliskich sobie klimatów i wysyła Johna na krótka wyprawę do USA. To akurat mi pasuje i pokazuje, że twórca chce poruszać się w mało eksponowanych terytoriach, próbując wyciągnąć z nich i przelać na papier trochę (hehe) magii.

Pierwszy tom niczego nie urwał, gdyż bazował w dużej mierze na znanych i ogranych już schematach. Jenkins nie zaproponował jakiejś drastycznej rewolucji. Z jednej strony starał się bazować na podwalinach przygotowanych przez poprzedników, zaś z drugiej próbował dodać coś od siebie unikalnego, ale niekoniecznie potrafił dotrzeć ze swoim przesłaniem do każdego fana JC. Do kontynuacji podchodziłem zatem bez większych oczekiwań. A nuż zostanę pozytywnie zaskoczony. Zaskoczenia jednak nie było, gdyż ponownie dostajemy Johna w wydaniu, które jest pozbawione tak charakterystycznego dla tej postaci zęba, największych atutów, jakby działał na jakimś zaciągniętym hamulcu ręcznym. Nie jest to wersja JC, jakiej szukam w serii HELLBLAZER.

Plusem jest to, że lektura komiksu przebiega dosyć szybko i sprawnie. Poszczególne rozdziały układają się w większości w jeden obraz. Minus jest taki, że czyta się szybko, gdyż nie bardzo jest się po drodze nad czym na dłużej zatrzymać. Poziom poszczególnych historii jest mocno nierówny i te krótsze podeszły mi znacznie lepiej, niż pozostałe, niepotrzebnie rozciągnięte na kilka zeszytów. Pod względem fabularnym, dialogów, czy też tempa prowadzenia akcji komiks ten wypada dosyć blado. Jest dosyć prosto, przewidywalnie, a najgorszy mój zarzut jest taki, że zbyt często najzwyczajniej wieje nudą. Ponownie nie ma co liczyć na dużą ilość widowiskowej akcji, krwawych, absurdalnych, przesiąkniętych horrorem konfrontacji, gdyż te zastąpione zostały codziennymi życiowymi problemami Johna oraz jego paczki znajomych. Nasz bohater sporo rozmawia z innymi i ze sobą samym, oferując czytelnikowi swego rodzaju długą podróż w głąb Constantine'a, która bardzo szybko zaczyna być męcząca. Nie pomagają też liczne wątki skoncentrowane na supporting cast, gdyż grupa tych postaci jest nijaka, ich motywy oraz zachowanie są zbyt łatwe do przewidzenia, po prostu nie ma tutaj na nie jakiegoś ciekawego pomysłu, a ja nie czuję wewnętrznej potrzeby, aby w jakimś stopniu przejmować się ich losem.

Ostatni story arc scenarzysta wykorzystuje, aby wyciągnąć na wierzch wszystkie elementy zawarte w poprzednich rozdziałach i rzucić w naszego protagonistę niemal wszystkimi możliwymi nieszczęściami. Kilka postaci ma wreszcie sposobność, aby "podziękować" Constantine'owi za to, jak ich kiedyś potraktował. John wiele traci, gdy odwracają się od niego nagle wszyscy znajomi akurat w tym momencie, gdy ich mocno potrzebuje - chrzanić zakończenie w stylu happyend, gdzie wszyscy uśmiechają się do siebie. Nie jest to może mistrzowsko poprowadzona historia (ba, dosyć mocno przewidywalna), ale wydaje się adekwatnym zwieńczeniem wszystkiego tego, co zaproponował nam na przestrzeni tych 40 zeszytów Jenkins.

Koniec końców nie wyszło aż tak źle. Nikomu nie stała się zbyt wielka krzywda. Nic, czego nie dałoby się z czasem naprawić. 

Nikt nie umarł. 

Tylko ja.

Większość rozdziałów ponownie przypadło w udziale Seanowi Phillipsowi, który spisał się co prawda nieźle, ale daleki jestem od zachwytów nad jego pracami. Artysta ten (tutaj dopiero kształtował się jego znany ze współpracy z Brubakerem styl) proponuje mało skomplikowane ilustracje, stawiając na prostotę, często specjalnie zaniedbując drugi plan, chętnie korzystając przy tym z cieniowania oraz mocnego tuszowania. Udaje się w ten sposób zarysować dosyć brudną i ponurą atmosferę, podkreślić brzydotę ludzi oraz miejsc. Nie ma natomiast zbyt wiele możliwości do tego, aby pokazać jakieś chore, dziwaczne i nadprzyrodzone zjawiska, a gdy już to robi nie wywołują one oczekiwanego nastroju grozy, przerażenia, czy nawet spodziewanego w niektórych sytuacjach obrzydzenia u czytelnika. Obserwujemy graficznie takiego Constantine'a w wersji bardziej lajtowej. Nie ma scen, które na dłużej zapadłyby w pamięci, a co na przykład można powiedzieć o pracach innych plastyków przykładających rękę do przygód Johna w poprzednich runach. Do prac Phillipsa można się łatwo przyzwyczaić i polubić, ale znacznie słabiej od niego wypadają numery naszkicowane przez Warrena Pleece'a. Jego styl o bardziej kreskówkowym wydźwięku absolutnie nie pasuje moim zdaniem do HELLBLAZERA i psuje jakąkolwiek frajdę ze śledzenia finałowych odsłon runu Jenkinsa. Oprócz tego po jednym zeszycie rysują na samym początku Charlie Adlard (aż chciałoby się zobaczyć więcej jego prac w tym tomie), a także na samym końcu Paul Pope.

Drugi tom serii HELLBLAZER pióra Paula Jenkinsa, podobnie zresztą jak i pierwszy, odstaje w mojej opinii od znacznie lepszych runów, które Egmont zdążył do tej pory zaprezentować. Znajdzie się tutaj co prawda kilka ciekawszych rozdziałów, ale znacznie większość jest tych, które pod względem egzekucji są jedynie poprawne, a momentami po prostu nudne. Wizualnie również komiks ten pozostawia dużo do życzenia. Album liczy sobie aż 576 stron, co oczywiście robi wrażenie, ale daleki jestem od stwierdzenia, że zdecydowanie warto po niego sięgnąć. Jenkinsowi udało się z pewnością wypracować własną, unikalną ścieżkę, na którą posłał pisanego przez siebie Johna Constantine'a, ale nie jest to interpretacja, jaka mocno by mnie urzekła, i za którą bym tęsknił. Raczej szybko będę chciał o niej zapomnieć. Nijakość - tym jednym słowem podsumowałbym ten oraz poprzedni tom.

Zdaję sobie jednak sprawę, że jest spora grupa osób, którym pierwszy tom z różnych względów przypadł do gustu. Jeśli do niej należycie, to stojąca na podobnym poziomie druga część z pewnością także Was zadowoli. Ja niestety nie mogę jej polecić.

-------------------------------

Komiks otrzymany do recenzji od wydawcy, który nie miał żadnego wpływu na treść powyższej opinii.

Opisywane wydanie zawiera materiał z komiksów HELLBLAZER #108 - 128 oraz VERTIGO: WINTER'S EDGE #1.

Komiks kupicie np. w sklepie Egmontu lub na ATOM Comics.

Autor: Dawid Scheibe

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz