Dziś przypomnienie komiksu z gatunku tych, których na polskim rynku nigdy za wiele i niezmiernie cieszę się, że pod koniec lutego ukazał się nakładem Egmontu. Komiksu mi dobrze znanego, gdyż zapoznałem się z oryginalną wersją, ale nie zmienia to faktu, iż chętnie sięgnąłem po niego raz jeszcze, tym razem w wersji PL. W grudniu 2022 roku zakończył się obsypany wieloma wyróżnieniami oraz nagrodami komiks THE NICE HOUSE ON THE LAKE (W Polsce wydany w dwóch tomach jako MIŁY DOM NAD JEZIOREM), za który odpowiadali James Tynion IV oraz Alvaro Martinez Bueno. Kilkanaście miesięcy później, a konkretnie w lipcu 2024 roku, za sprawą tych samych twórców wystartował obiecywany sequel, albo jak kto woli drugi sezon, czy też drugi cykl tego thrillera sci-fi połączonego z elementami body horroru. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie pierwsza maksiseria była pod każdym względem bardzo udana i z niecierpliwością czekałem na jej kontynuację. Omawiany tom składa się z sześciu zeszytów serii THE NICE HOUSE BY THE SEA, gdzie ponownie zanurzamy się w ten ciekawie zbudowany apokaliptyczny terror.
Tajemnicza kobieta o imieniu Max
gromadzi dziesiątkę obcych sobie ludzi, którzy z własnego wyboru decydują się
uniknąć zagłady planety i zamieszkać w raju, jakim będzie dla nich już na
zawsze luksusowa willa nad Morzem Śródziemnym. Wszyscy są mistrzami w swoich
dziedzinach, najlepszymi i najbystrzejszymi przedstawicielami ludzkości. Niezbyt
jednak lubią siebie nawzajem, przez co w domu panuje atmosfera obcości i
ciągłego napięcia. Po dwóch latach wspólnego, beztroskiego życia ich sytuacja
nagle się zmienia, a nieoczekiwane odkrycie sprawia, że ich droga do dalszego długiego
życia wiedzie przez nieuniknioną bitwę z przedstawicielami innego domu.
Cierpliwość miłośników MIŁEGO DOMU NAD JEZIOREM została wystawiona na ciężką próbę. Kiedy zapowiadany już na ostatniej stronie #12 pierwszej serii sequel wreszcie wystartował (i po drodze przemianowano go z Black Label na DC Vertigo), okazało się, że zeszyty 5 oraz 6 dostały pewnej zadyszki, a następnie historię urwano w połowie, przez co od marca 2025 czekamy na ciąg dalszy tej opowieści. Ten nastąpił dopiero w lutym 2026, czyli w ramach pierwszej fali tytułów z przywróconego do życia imprintu Vertigo. Aktualnie w USA ukazało się osiem zeszytów i jeśli nic po drodze się nie wydarzy, to całość domknie się w połowie najbliższych letnich wakacji. Oczywiście zanim przystąpiłem do lektury THE NICE HOUSE BY THE SEA zaaplikowałem sobie i odświeżyłem wcześniejsze wydarzenia, jakie rozegrały się w domu przygotowanym przez Waltera, co Wam również polecam uczynić. Po pierwsze dlatego, że to był udany i przyjemny powrót do tego komiksu, a po drugie dlatego, że MIŁY DOM NAD MORZEM to nie jest jakaś zamknięta historia, tylko bezpośrednia kontynuacja. Nie jest wskazane brać się za drugi rozdział większej opowieści, skoro nie przeczytało się pierwszego. Logiczne, prawda?
Nowe postacie, nowa
lokalizacja, nowy perfekcyjny dom, nowe niebezpieczeństwa i problemy, ale
jednocześnie te same, dobrze nam znane realia z poprzedniej serii, po części
obserwowane z innego punktu widzenia. Tynion oraz Bueno w charakterystyczny dla siebie
sposób, znów powoli i skrupulatnie serwują szczątkowe informacje, budując
większą opowieść. Naszym przewodnikiem jest w inauguracyjnym zeszycie Oliver,
który w domu nad morzem nosi pseudonim Aktor, i który jest bliską osobą także
dla Waltera. Mając w pamięci wydarzenia z poprzedniej serii, tym razem część
rzeczy jest nam już na wstępie dobrze znana i zdajemy sobie sprawę, o co mniej
więcej chodzi w tej grze, do której zapraszają nas oraz swoich bohaterów
twórcy. Zamysł jest podobny, tyle że tym razem mamy do czynienia z grupą
składającą się rzeczywiście z wybitnych jednostek, co miał za zadanie zrobić
Walter, i czego nie wykonał, łamiąc narzucone przez zwierzchników zasady. Postanowił
bowiem uratować osoby, na których mu z jakiegoś powodu zależało, zaś Max do
swojego domku/komórki zaprosiła ścisłą elitę z różnych dziedzin. Twist jest
taki, że nowa grupa jest od początku świadoma, co się stało ze światem oraz ich
bliskimi, a do tego wydaje się mieć więcej swobody w działaniach, otrzymując w
swojej rajskiej bańce (nie wiadomo, ile dokładnie tych baniek jest) spory
kredyt zaufania od Max. Rozpostarty przed nimi duży wachlarz możliwości
kontrolowania wielu czynników (pogoda, własne ciało itp.) niesie ze sobą
zarówno plusy, jak i minusy. Jak tu wytrwać ze sobą nieskończenie wiele lat,
jeśli już po dwóch dokucza co raz bardziej nuda, monotonia, samotność, a z
czasem zapewne nie będą już mogli na siebie patrzeć, czego pierwsze oznaki
widać już na początku komiksu. Raj, nieśmiertelność, spełnione wszystkie
zachcianki, ale jednocześnie poczucie, że to długo w takim kształcie nie
przetrwa. Wpływ na to nie będą mieli bawiący się w eksperymenty kosmici, tylko
znając życie raczej zamknięci ze sobą ludzie, których różne charaktery
umieszczone razem w jednym miejscu stanowią tykającą bombę. Bo przecież od razu
widać, że to nie jest jedna wielka i
kochająca się rodzinka. Na razie nie wiemy zbyt wiele na ich temat, nie mają
też żadnej więzi z Max, co jest zupełnym przeciwieństwem tego, co
zaobserwowaliśmy w układzie Walter - jego przyjaciele.
Dosyć szybko wracamy do postaci z pierwszego domu, gdzie po śmierci, a w rzeczywistości usunięciu się w cień Waltera, mieszkańcy żyją w przekonaniu, że to oni trzymają za stery. Siłą serii, podobnie jak jej poprzedniczki, są relacje międzyludzkie oraz skrywane przez poszczególnych lokatorów sekrety, dzięki czemu dostajemy rzucone więcej światła na podjęte przez Waltera decyzje, zagłębiamy się w osobiste dramaty jego przyjaciół, łatwiej zrozumieć jest podjęte przez nich kroki. Uchylone drzwi/furtka pomiędzy domami to jednocześnie otwarcie nowych możliwości i przekonanie się, jak w obliczu takiej rewelacji zareagują przedstawiciele obu obozów. Wszyscy zdają sobie jednak dobrze sprawę, że biorą udział w dłuższej grze, w której przetrwają ci silniejsi oraz sprytniejsi. Rozpętany już w pierwszym rozdziale nowej serii burza (dosłowna i w przenośni) zwiastuje ciekawe wydarzenia, których przebiegu nie do końca jesteśmy w stanie na tym etapie przewidzieć. I to jest w tym wszystkim chyba najfajniejsze. Zwłaszcza po cliffhangerze, jaki otrzymujemy w szóstym zeszycie.
Niezwykle istotną rolę odgrywają w tej opowieści ilustracje. Rysunki jakie tu widzimy zdecydowanie nie należą do tych standardowych, dopieszczonych pod względem detali, trafiających w gusta przeciętnego czytelnika. Alvaro Martinez Bueno już wcześniej miał okazję współpracować z Tynionem IV tworząc dla DC serie, jakie wspominam we wstępie tej recenzji, ale tym razem Hiszpan zmodyfikował swój styl, odcinając się mocno od superbohaterskich klimatów. Trochę chaotyczna, celowo momentami rozmyta i brudna kreska jest niezwykle hipnotyzująca, idealnie oddaje niepokojącą atmosferę całej historii, na dłużej zapada w pamięć. Nie ma tutaj przesadnego efekciarstwa, niewiele uświadczymy rozlewu krwi, a swoje robi gra cieniami, operowanie tuszem, sposób ukazania różnych wersji Waltera i manipulowanie/kształtowanie przez niego rzeczywistości, czy też ciekawe krajobrazy. Zdecydowanie jest na czym zawiesić oko. Do tego jeszcze Jordie Bellaire i jej niesamowite połączenia kolorów.
Alvaro Martinez Bueno oraz Jordie Bellaire (kolory) po raz kolejny zapewniają czytelnikom prawdziwą ucztę dla oczu, a bez ich pracy ten komiks nie robiłby takiego wrażenia na odbiorcy. Sielanka, wnętrze willi, cudne krajobrazy, wszelkie niestandardowe efekty towarzyszące pojawianiu się Max i Waltera, przerażające rzeczy związane z manipulacją ludzkim ciałem, czy też niesamowite ujęcia podczas burzy. Jest tak wiele większych i mniejszych elementów, na których na dłużej można zawiesić z podziwem swój wzrok. Rysunki nie są monotonne, zmieniają się w zależności od tego, z jakim rodzajem sytuacji mamy do czynienia, potrafiące w razie potrzeby spotęgować niepokój i grozę, a kiedy indziej nadać bardziej sielankowy klimat. Efekt jest według mnie niesamowity. Jestem zachwycony szatą graficzną, która wręcz hipnotyzuje od początku do samego końca. Pojawiają się także dobrze znane z pierwszej maksiserii wstępy, flashbacki, gdzie narratorem jest zawsze inny z mieszkańców domu, czy efektowne dwustronicowe rozkładówki. Są oczywiście także różne przerywniki, jak np. transkrypcja nagranych rozmów pomiędzy domownikami, wymiana korespondencji, czy wgląd w album z dawnymi zdjęciami. To są integralne i ważne dodatki, które w praktyce dostarczają istotnych informacji na temat poszczególnych bohaterów oraz ich relacji z Walterem, czy Max.
Na samym końcu dostajemy tradycyjnie galerię alternatywnych okładek oraz kilka stron z etapu przygotowywania ilustracji i mini przewodnik z wymienieniem mieszkańców obu domów.
Po ponownym przeczytaniu tej historii, tym razem w polskiej wersji językowej, moja opinia na temat tego komiksu się ani trochę nie zmieniła. Co prawda przedstawiona na przestrzeni tych sześciu numerów historia nie wbiła mnie w fotel i nie wywołała takiego efektu zaskoczenia, jak poprzednia maksiseria, ale z pewnością dostarczyła sporo przyjemności, mocno zaintrygowała i skłoniła do tego, żeby jak najszybciej sięgnąć po kontynuację. Dobrze było wrócić do świata, jaki Tynion IV oraz Martinez Bueno wykreowali na kartach MIŁEGO DOMU NAD JEZIOREM. Sporo już na tym etapie wiem, ale jest jeszcze wiele pytań, na które pragnę poznać odpowiedzi i mam nadzieję, że twórcy zaspokoją duże oczekiwania, jakie mam związane z pozostałymi sześcioma rozdziałami. Zapowiada się na epicką bitwę, z której zapewne nie wszyscy wyjdą żywi, i która wywróci życie mieszkańców obu domów do góry nogami.
----------------------------------------
Komiks otrzymany do recenzji od wydawcy, przy czym Egmont nie miał żadnego wpływu na treść powyższej opinii.
Opisywane wydanie zawiera materiał z oryginalnych komiksów THE NICE HOUSE BY THE SEA #1 - 6.
Do kupienia m.in. w internetowym sklepie Egmontu na ATOM Comics.
Autor recenzji: Dawid Scheibe




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz