wtorek, 22 września 2026

BATMAN: MIASTO SZALEŃSTWA

BATMAN: MIASTO SZALEŃSTWA to powieść graficzna wydana w imprincie DC Black Label. Pierwsze, co ciśnie się na myśl, to: „O, jak oryginalnie”. Można by pomyśleć, że to kolejny komiks z Black Label, traktujący o Mrocznym Rycerzu, z ładną oprawą graficzną, która zapewne będzie jego głównym motorem napędowym, i miejmy nadzieję, że scenariusz nie będzie przeszkadzał w podziwianiu rysunków. Wodą na młyn takiego myślenia byłby fakt, że autor rysunków, Christian Ward, występuje tutaj w podwójnej roli, debiutując jako scenarzysta. I wtedy do głowy wpada kolejna myśl, że to następny rysownik, który zawsze marzył o tym, żeby stworzyć autorski komiks z Batmanem. Przyszedł do DC, a DC powiedziało mu: »Chłopie, rób«. Znamy już takie przypadki, vide Sean Gordon Murphy, znakomity grafik, mający niezgorsze pomysły, ale przy tym braki warsztatowe, by przekuć je w naprawdę dobry skrypt.
 
MIASTO SZALEŃSTWA jest jednak wyjątkowe. Rzeczywiście, tak jak już wcześniej wspomniałem, Batmany z Black Label stoją przede wszystkim rysunkami, z ich fabułami bywa różnie. Dodatkowo Ward porwał się z motyką na słońce, bo jego dzieło jest duchowym sequelem głośnego AZYLU ARKHAM Granta Morrisona i Dave'a McKeana, którego zresztą Ward jest wielkim fanem od wielu lat i była to dla niego lektura kształtująca. Zaś McKean był artystą, który wywarł na niego ogromny wpływ. W dodatkach znajdziecie rysunek inspirowany AZYLEM ARKHAM, który Ward wykonał w wieku osiemnastu lat.


Ileż to razy czytaliśmy o tym, że przeciwnicy Batmana stanowią jego mroczne odbicie? Ileż to razy miasto było bohaterem? Ileż to razy Dwie Twarze symbolizował swoim dualizmem również dualizm postaci Batmana itd., i tak dalej, i tym podobne. Sztampa, ale i ją można ciekawie ograć. Ward zabiera nas do Gotham, i to nie jednego, a dwóch: tego, które znamy, ale także do Dolnego Gotham, koszmarnej wariacji miasta Nietoperza, na drugą, popękaną stronę lustra, w którym odbijają się koszmary Gotham. To Dolne Gotham jest właściwie ściekami tego górnego, to tam spływa cały strach, nienawiść i wszystkie koszmary z powierzchni. Więc jeśli myślicie, że w „normalnym” Gotham źle się dzieje, to Dolne Gotham w swej wypaczonej wersji pokazuje, że może być jeszcze gorzej.

Miasta dzieli bariera strzeżona przez Trybunał Sów. Od czasu swojego debiutu w ramach Nowego DC Comics (New 52) w BATMANIE Scotta Snydera i Grega Capullo ich występy nie należały do szczególnie udanych. Próbowano coś tam z nimi zrobić, ale bez większych sukcesów. W roli strażników widzieliśmy ich już w evencie METAL, gdzie byli powiązani z nietoperzowatym demonem Barbatosem. Wracając do meritum, przez przejście pomiędzy światami przedostaje się Dolny Batman. Lovecraftowskość horroru Warda przejawia się w jego projekcie, gdyż dolną część twarzy, czyli jedyny odkryty skrawek ciała Batmana, zastępują tutaj macki (co swoją drogą jest niezłym motywem na tatuaż).


Nasz Batman, wspomagany przez Szpona (żołnierza Trybunału) próbuje powstrzymać swojego dolnego odpowiednika, pragnącego z chłopca z powierzchni uczynić swojego Robina, wypaczyć go poprzez przeżytą traumę. Po drodze Batman spotka wywołującego niepokój Brzuchomówcę, monstrualne wersje Clayface'a i Killer Croca, a jego nieoczywistym sprzymierzeńcem na odległość będzie Dwie Twarze. Dualistyczny Harvey Dent został tutaj ujęty również w dwójnasób (jakie to słowo?)i stanowi on łącznik pomiędzy wariantami miasta. Do tego jest intrygująco zaprojektowany, a jego design jest celowo „źle” rysowany.

Skoro komiks nawiązuje do kultowego klasyka, jakim jest AZYL ARKHAM, nie mogło zabraknąć nawiązań do rodziny Arkhamów. O ich związku z Dolnym Gotham zamilknę i pozwolę, byście odkryli to sami. Jest to sprytne i aż prosi się o większe rozwinięcie. W ogóle przydałby się dodatkowy zeszyt, żeby spowolnić tempo. Choć nie miałem poczucia, że pędzi ono na łeb na szyję, to jednocześnie zamiast teasować potencjalną kontynuację, wypadałoby troszeczkę więcej miejsca poświęcić Trybunałowi Sów. I jak się już delikatnie czepiam scenariusza, to być może bardziej wprawiony scenarzysta skomplikowałby trochę kwestię wyjścia Batmana z całej sytuacji, bo poszło mu z tym za łatwo.

Komiks nie zagłębia się w rejony psychologicznego horroru w sposób, w jaki robił to Morrison, co nie znaczy, że tego motywu zabrakło. Wątek traum, które kształtują bądź wypaczają, to lejtmotyw MIASTA SZALEŃSTWA. Iskierką nadziei jest gdzieś w tym wszystkim najlepszy członek batrodziny, Alfred, który zamartwia się o swojego przebranego syna, noc w noc nie wiedząc, w jakim stanie panicz Bruce wróci do domu i czy w ogóle wróci.

Wizualnie mamy do czynienia z majstersztykiem. Christian Ward już wcześniej dał się poznać jako świetny twórca horroru, chociażby w niewydanym u nas AQUAMAN: ANDROMEDA. Rysownik potrafi znakomicie oddać niepokój i przyczajoną, lovecraftowsko niewypowiedzianą grozę, wykorzystując przy tym charakterystyczną dla siebie paletę barw z neonowymi odcieniami. Najbardziej podoba mi się jego podejście do Dwu-Twarzy. Pochwalić muszę również bardzo dobrze oddane zamglone widzenie postaci odzyskującej przytomność. Nawet jeśli Ward jest fanem McKeana, to wypracował własny, rozpoznawalny styl. Jest konsekwentnie znakomity i ani razu nie uderza w fałszywą nutę.

Christian Ward przyznaje, że AZYL ARKHAM czytał rok w rok. Czy MIASTO SZALEŃSTWA jest komiksem, do którego będzie chciało się wracać równie często? Nie. Nie oznacza to jednak, że ponowne lektury będą w jakikolwiek sposób nieprzyjemne. Wręcz przeciwnie, nie ma wstydu, a album ma ogromny potencjał do wielokrotnego kartkowania i ponownego odkrywania detali jego oszałamiającej oprawy graficznej.

MIASTO SZALEŃSTWA jest zdecydowanie lepsze, niż sądziłem, a Ward dał nam jeden z najlepszych bat-komiksów spod szyldu Black Label. Album zdaje mój „test półki” i choć nie dosięga stratosfery poziomu AZYLU ARKHAM, to jeśli powstanie sequel – faktyczny, a nie duchowy – to z przyjemnością po niego sięgnę.


Album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w amerykańskich zeszytach „Batman: City of Madness” #1–3.

Komisk otrzymałem od wydawcy, który nie miał wpływu na moją opinię.


Damian Maksymowicz

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz