środa, 15 maja 2019

WKKDC #71 - MIĘDZYNARODOWA LIGA SPRAWIEDLIWOŚCI CZĘŚĆ 1

Istnieją komiksy przełomowe. Takie, które na zawsze odcisnęły swoje piętno na medium. Takim komiksem byli STRAŻNICY, POWRÓT MROCZNEGO RYCERZA, ale też i… MIĘDZYNARODOWA LIGA SPRAWIEDLIWOŚCI. Ten niepozorny i przypadkowy hit do dziś stanowi punkt odniesienia dla wielu twórców oraz fanów. Na łamach tej serii zawiązały się przyjaźnie, do których w uniwersum DC nawiązuje się do dziś, a także zapoznano pewnego Marsjanina z Oreo. W ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów DC wydano u nas wreszcie siedem pierwszych zeszytów opisujących przygody klasycznej JLI. Czy zachwyt czytelników zza oceanu wywołany jest tylko nostalgią? Czy może tytuł ten warty jest wszystkich pochwał wciąż na niego spływających?

Po upadku ostatniej iteracji Ligii Sprawiedliwości (z bazą w Detroit) powołana zostaje nowa Liga… Wśród jej członków znalazło się kilku naprawdę znanych superbohaterów jak Batman czy Marsjański Łowca Ludzi, ale poza nimi zaproszenie dostali też Kapitan Marvel, Blue Beetle czy Mr. Miracle. Mało znani trzecioligowcy. Nie zabrakło też najbardziej nielubianego Green Lanterna – Guya Gardnera. Ta wybuchowa mieszanka bardzo szybko będzie musiała sprawdzić się w akcji, gdyż terroryści zaatakowali ONZ. Powaga sytuacji nie zatrzyma jednak naszych bohaterów przed rzucaniem żartami, co drugi dymek (Tak! Nawet Zamaskowany Krzyżowiec śmieje się i żartuje). Parę dowcipów pozwoli wam nawet zrozumieć, którzy obrońcy sprawiedliwości podzielają waszą zdrową (bądź nie) obsesję na temat Star Treka!

Keith Giffen, J.M. Dematteis oraz Kevin Maguire dostali szansę stworzenia serii o Lidze Sprawiedliwości w naprawdę dziwnych czasach. Poprzednia Liga rozwiązała się po śmierci kilku członków, a jej wyniki sprzedaży były tragiczne. Większość najbardziej popularnych postaci DC była dla jej twórców niedostępna. Zdecydowano się podejść, więc do niej na luzie. Wykorzystać masę postaci, które pojawiły się w głównym uniwersum po KRYZYSIE NA NIESKOŃCZONYCH ZIEMIACH, a dialogi ubarwić tysiącami niewykorzystanych dowcipów z zeszytów szkolnych. Przy okazji jednak nie zabrakło miejsca na oddanie nastrojów politycznych oraz sytuacji geopolitycznej świata w drugiej połowie XX wieku.

I tak w pierwszym tomie herosi mierzą się z terrorystami, bohaterami z innego wymiaru, którzy chcą uwolnić nas od zagrożenia atomowego czy pewnym państewkiem z Bliskiego Wschodu. Pojawia się Prezydent Reagan, a nasz dowcipkujący zespół w końcu uzyska uznanie i wsparcie ONZ. Nawet historia o magicznym Szarym Człowieku skupia się na jego kondycji psychologicznej i motywie uwięzienia – wpisując się w trendy tamtej epoki, a nie magii per se. To Liga bliska ludziom, mierząca się z aktualnymi problemami miast kolejnym, generycznym zagrożeniem z kosmosu (nawet jak w kolejnych tomach pojawią się kosmici… to trochę inaczej niż zwykle). Dużo tu na przykład krytyki amerykańskiego interwencjonizmu, a także przytyków do tego, kto uzbraja terrorystów. Dużo uwagi poświęcono też roli mediów w kreowaniu rzeczywistości. I dzięki temu, to tytuł wciąż aktualny.

Z drugiej strony mamy do czynienia z komediowym złotem. Nawet polskie tłumaczenie nie położyło tak wielu żartów, jak mogłoby się wydawać (niestety często opierają się one w oryginale o nieprzetłumaczalne gry słowne). Poza humorem słownym dużo tu slapsticku, humoru sytuacyjnego, parodiowania konwencji czy etosu superbohaterskiego. Przy lekturze nie raz zaśmiejecie się do rozpuku, a to dopiero wstęp. Autorzy rozkręcają się w dalszych numerach.

To jednak nie poruszane tematy czy humor są największym atutem tej serii. Największym jej plusem, który sprawił, że zakochałem się w niej lata temu – są bohaterowie. Giffen i Dematteis popisali się niezwykłym kunsztem w ich kreacji. Podkręcono pewne cechy ich osobowości, pozwolono co chwilę prowadzić im utarczki na pięści bądź słowa, ale nie zmieniono ich w karykatury. To postaci z krwi i kości. Mające własne życia (reakcja Big Bardy na 24. godzinny dyżur Scotta Free przy monitorach jest bezcenna), problemy oraz motywacje. Dzięki temu stanowią drużynę, której przygody czyta się z niesamowitym zainteresowaniem. Superbohaterowie nie są tu jeszcze bogami (jak za Granta Morrisona) czy nie opierają się tylko na Batmanie posiadającym plan na wszystko. Każdy ma swoje miejsce. Każdy dokłada swoją cegiełkę do całości. To dzięki temu do dziś Blue Beetle, Dr. Light czy Mr. Miracle zachowali wiele cech, którymi obdarzyli scenarzyści tej serii.

Graficznie mamy do czynienia ze standardem drugiej połowy lat 80. Jest w miarę realistycznie, trochę jakby odwoływano się do pulpowych komiksów lat 30. i 40., a jednocześnie Kevin Maguire maksymalnie tnie detale, gdzie się da. Za to kolory bywają tak zwariowane, jak tylko w tamtej epoce być mogły. Zachwytów brak, ale brzydko nie jest.

Poza sześcioma zeszytami JUSTICE LEAGUE i jednym JUSTICE LEAGUE INTERNATIONAL (seria zmieniła nazwę w trakcie trwania, co uzasadnione jest fabularnie) opisywany album zawiera też fragment 83. numeru serii CAPTAIN ATOM z 1966 roku, czyli pierwsze pojawienie się drugiego Blue Beetle’a. Historia Steve’a Ditko oraz Gary’ego Friedricha nie wzbudziła we mnie większych emocji. Typowa opowieść o pierwszej akcji nowego superbohatera. Jednakże rysunki Ditko mają w sobie coś takiego, że cieszą oko aż do dziś.

Tom 71 WKKDC to tytuł must have dla fanów DC oraz komiksów grupowych. To świetny przykład jak pisać przygody zespołowe, o wiele lepsza komedia niż większość serii o Deadpoolu oraz tytuł niebojący się zahaczyć o poważniejsze wątki (nie będąc przy tym przesadnie dojrzałym). Polecam i już nie mogę się doczekać części drugiej, którą otrzymamy przed zakończeniem kolekcji.

Recenzowane wydanie zawiera materiał z JUSTICE LEAGUE #1-6, JUSTICE LEAGUE INTERNATIONAL #7 oraz CAPTAIN ATOM #83.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza