wtorek, 6 listopada 2018

SUPERMAN TOM 4: CZARNY ŚWIT


Supermanowi najczęściej przychodzi mierzyć się z zagrożeniami na skalę co najmniej globalną. Tym razem jednak niebezpieczeństwo grozi jego rodzinie i przyjaciołom, a praktycznie cała fabuła głównej historii ma miejsce w Hamilton. Również krótka jednoczęściowa historyjka na zakończenie albumu, choć pojawiają się w niej najeźdźcy z kosmosu próbujący podbić Ziemię, skupia się raczej na rodzinnych relacjach Clarka Kenta.



Pierwsze cztery z sześciu numerów składających się na tytułową opowieść są po prostu świetne – zaskakujące i niepokojące. Zaraz na początku przebywający z wizytą w Hamilton Batman znika w tajemniczych okolicznościach, dookoła zaczynają się dziać bardzo dziwne rzeczy, a spora cześć drugoplanowej obsady tej serii okazuje się skrywać dosyć szokujące sekrety. Niebawem też okazuje się, że działania głównego złego wymierzone są w Jonathana. Nie zamierza on go jednak krzywdzić, a raczej sprawić by zwątpił w swego ojca i sposób jaki działa. Jednocześnie czytelnik cały czas zadaje sobie pytania: „Co tu się dzieje? O co w tym wszystkim chodzi?”. W tego typu historiach kluczowe dla ich jakości jest to, czy odpowiedzi na nie są satysfakcjonujące. Czy tak było tym razem? W zasadzie tak. Tożsamość czarnego charakteru mnie zaskoczyła, bo choć to zapadająca w pamięć i bardzo fajna postać, to nie był zbyt często wykorzystywany. Także powody jego działań zgodne są z jego charakterem. Jedyne co mi się nie spodobało, to fakt, ze po tym jak się ujawnia opowieść zmienia w kolejną nawalankę. Choć nawet i ona jest dosyć interesująca za sprawą tego, że wykorzystując swoje zdolności powoduje on, że Superboy staje po jego stronie i Superman zmuszony jest do walki ze swym synem jednocześnie starając się nie skrzywdzić go. Natomiast z drobniejszych rzeczy, które mi w tej historii bardzo się podobały, na plan pierwszy wysuwa się obecność Robina – Damiana Wayne’a, którego relacje z Jonathanem to po prostu czyste złoto. No i nie mogę też nie wspomnieć o kompletnie rozbrajającym zakończeniu.

W dotychczasowych tomach to zazwyczaj te krótsze historyjki okazywały się najlepszymi w albumie. Tym razem jednak tak nie jest. Odpowiadający za scenariusz do niej Michael Moreci to jednak nie Tomasi do spółki z Gleasonem, którzy celowali w tego typu opowieściach. Widać, ze stara się on ich naśladować, ale nie do końca mu się to udaje. Historia nie jest zła, ale nie zostaje w pamięci na dłużej i w zasadzie powtarza jedynie to co było pokazane w „Czarnym Świcie” jeśli chodzi o relacje między Kal-Elem i jego synem.

Za rysunki odpowiadają tym razem głównie Doug Mahnke i Patrick Gleason, a nawet w tym jednym zeszycie tytułowej opowieści, w którym ktoś ich zastępuje, to rysownicy starają się jak najbardziej upodobnić do stylu Gleasona i wychodzi im to na tyle dobrze, że w pierwszej chwili nawet się nie zorientowałem. Zarówno Doug jak i Patrick to świetni fachowcy, więc strona graficzna to ponownie duży pozytyw tego wydania zbiorczego. Najsłabiej wypada Scott Goldlewski we wspomnianej jednozeszytówce – choć ogólnie daje radę, to na niektórych rysunkach bohaterowie nie są do siebie specjalnie podobni. O dodatkach, jak to ostatnio bywa w komiksach z linii DC Odrodzenie, aż żal wspominać –  stanowią je ledwie trzy okładki.

Póki co parzyste tomy tej serii wypadają lepiej od nieparzystych. Choć ten album nie dorównuje rewelacyjnym „Pierwszym Próbom Superboya”, to jednak i tak wypada bardzo udanie, zwłaszcza że potrafi czytelnika parę razy zaskoczyć.

Tomasz Kabza

Opisywane wydanie zawiera materiał z komiksów SUPERMAN #20 - 26
Komiks do nabycia w sklepach Egmontu i ATOM Comics.
Oryginalne wydanie tego tomu zostało zrecenzowane na blogu przez Dawida. Jego opinię możecie przeczytać tutaj.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza