niedziela, 28 października 2018

WKKDC #57 – BATMAN: POD KAPTUREM


Można odnieść wrażenie, że ze wszystkich tomów Wielkiej Kolekcji Komiksów DC to właśnie Pod kapturem było najbardziej wyczekiwane wśród fanów. W wydawanym przez Eaglemoss zbiorze, którego blisko połowa materiału ukazała się już niegdyś w Polsce, znalazło się naturalnie miejsce dla kilku wartościowych nowych pozycji. Premiera Under the Hood, ze względu na ogromną nad Wisłą popularność Batmana, zdawała się jednak budzić większe zainteresowanie niż np. WONDER WOMAN George’a Pereza, Wieża Babel czy też początek runu Geoffa Johnsa w GREEN LANTERN.

Komiks przedstawia zresztą przełomowy moment w życiu Człowieka Nietoperza. Wpisuje się więc w kategorię jednego z tych „ważnych” tytułów superbohaterskich, które na pewnym etapie swojej przygody z trykotami po prostu wypada poznać – zwłaszcza jeśli jest się miłośnikiem uniwersum DC, bo z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że fani Mrocznego Rycerza znają ten tytuł już od dawna i nie trzeba im go specjalnie reklamować.

Pisząc dziś recenzję Pod kapturem, gdy od jego premiery na łamach serii BATMAN minęło już przeszło dziesięć lat, trzeba przyjąć inną perspektywę. Wręcz niemożliwym jest bowiem podejście do niego w taki sposób, jak podchodzili do niego czytelnicy, poznający tę historię na bieżąco kawałek po kawałku. Fabuła, która obracała się wokół tożsamości nowego zamaskowanego mściciela w Gotham, nie będzie obecnie tak odkrywcza i trzymająca w napięciu, jak ponad dekadę temu. Aktualnie niemal każdy, nawet komiksowy laik, który przeczytał kilka tytułów z Batmanem, zna zapewne odpowiedź na pytanie, kto skrywa się pod maską. Dziwnie się nawet czuję z samym faktem, że utrzymuję to nadal w tajemnicy i nie zdradziłem jeszcze mimochodem kim jest Red Hood – wszak naprawdę żaden to teraz spoiler. Dla zachowania pozorów jednak się powstrzymam – a nuż trafi na tę recenzję ktoś dla kogo to może być niespodzianką. Choć szczerze wątpię.

Dlatego też warto odsunąć tę kwestię na bok i nie oceniać omawianego komiksu pod kątem tego, czy jest jakkolwiek zaskakujący. Spróbuję za to odpowiedzieć na inne pytanie: czy Pod kapturem przetrwało próbę czasu i ciągle się broni? Czy pozbawione tej swoistej nutki tajemnicy wciąż może zaoferować coś ciekawego czytelnikom?

Dla mnie lektura pięćdziesiątego siódmego numeru WKKDC była niestety rozczarowująca. Under the Hood to moim zdaniem doskonały przykład komiksu, który faktycznie mógł sprawdzać się w formie wydawanych cyklicznie zeszytów, ale czytany kilkanaście lat po premierze nie budzi już większych emocji. Postawiłbym go na jednej półce z inną popularną historią o Batmanie, a mianowicie Hushem Jepha Loeba i Jima Lee. Oba tytuły cierpią na te same przypadłości i mają niemalże identyczną strukturę fabularną.

Zarówno w jednym, jak i drugim scenarzyści dość szybko zostawiają wyraźne tropy odnośnie tożsamości antagonisty. W obu przypadkach opierają swoje fabuły na jednym istotnym wątku, czym zawężają odbiorcy krąg podejrzanych do tego stopnia, że możliwych opcji jest już zaledwie kilka. Nie uświadczymy tu zatem rozbudowanych kryminalnych zagadek. Przykładowo w Pod kapturem, zamiast Batmana prowadzącego zaawansowane śledztwo i zbierającego dowody, przyjdzie nam obserwować jak Nietoperz odwiedza kolegów po fachu, żeby dopytać ich jak udało się im wrócić do życia.

Mogłoby to sugerować, że nie o sam sekret w tej historii chodziło, a raczej o szykowanie gruntu pod ostateczne potwierdzenie podejrzeń, ale… po co w takim razie w trakcie autorzy zdradzają, czyja twarz kryje się pod tytułowym kapturem? Scenarzysta Judd Winick wyjawia nam prawdę już w połowie tomu. Niestety w strasznie leniwy sposób. Wykorzystuje do tego scenę, która powinna nieść olbrzymi ciężar emocjonalny, ale wrzucona ni z tego, ni z owego w krótkim epilogu jednego z zeszytów kompletnie marnuje cały swój potencjał. Animacja pt. Batman: Under the Red Hood zrobiła to duuuużo lepiej.

Pod kapturem i Husha łączy także to, że autorzy pozbawiają te historie kameralnego wydźwięku. Nie wkładają większego wysiłku w psychologię bohaterów, choć aż się o to prosi, a w zamian za to wtykają do swoich scenariuszy masę naprawdę niepotrzebnych, prowadzących donikąd, gościnnych występów. Na łamach komiksu Winicka pojawiają się więc na chwilę Superman, Green Arrow, Zatanna, Amazo czy też Mr Freeze. Żadna z tych postaci nie wpływa na fabułę, a wyłącznie odwraca uwagę od głównej intrygi.

Nie uważam jednak, żeby Pod kapturem było absolutnie złym komiksem. Rozczarowującym tak, ale nie stricte złym. Ratuje go to, że pomimo prostego, przepełnionego scenami walki, scenariusza, historię czyta się lekko i bezboleśnie. Ciężko też zarzucić jej jakieś większe dziury fabularne – za bardzo nie było nawet na nie miejsca. Ponadto warto także docenić, że Winick zarysował osobowość Red Hooda na tyle dobrze, że wykreowana przez niego postać z czasem znalazła swoje miejsce w świecie DC, przyjęła się i zyskała nawet sporo fanów. Dla nich Under the Hood powinno być lekturą obowiązkową. Drobnym plusem jest również nieduża, acz pamiętna rola Czarnej Maski. Sarkastyczny gangster ma wystarczająco charyzmy, żeby uwierzyć, że trzęsie światkiem przestępczym Gotham.

Graficznie mamy zaś do czynienia z niezbyt wyszukaną, ale na pewno dynamiczną i konsekwentną kreską Dougha Manhke, który zilustrował lwią część omawianego tytułu (w jednym numerze zastąpił go Paul Lee). Rysownik prezentuje styl, który bez wątpienia sprawdza się w tak rozbuchanych, obfitujących w akcję, komiksowych blockbusterach jak ten.

Kończąc swoją recenzję, wspomnę jeszcze, że na ostatnich stronach najnowszego wydania kolekcji Eaglemoss znajdziemy przedruk DETECTIVE COMICS #168. Wiekowy zeszyt, wydany pierwotnie w 1951 roku, przedstawia genezę oryginalnego Red Hooda. Ze względu na historyczną wartość stanowi więc całkiem stosowne uzupełnienie komiksu Winicka.

Recenzowane wydanie zawiera materiał z BATMAN #635-641 oraz DETECTIVE COMICS #168.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza