Piekło w spadku
Zdaje się, że czwarty tom Sandmana przyniósł ze sobą spowolnienie, uspokojenie i uporządkowanie. Zamiast nadmiernie eksperymentować zarówno formalnie i fabularnie, zbaczać w liczne i coraz bardziej plączące się odnogi tej mistyczno-pradawnej epopei, konsekwentnie skupia uwagę na dwóch powiązanych ze sobą wątkach i rozwija je w logiczny i podejrzanie linearny jak na standardy tej opowieści sposób. A może ta większa zrozumiałość, przejrzystość i śmiałość lektury jest jedynie złudzeniem czytelnika będącego już po przyswojeniu sobie trzech poprzednich odsłon serii, a tym samym, wiedzącego, jakimi prawami rządzi się ten świat oraz gdzie stawiać stopy, by nie zgubić sensu w gąszczu całego tego przytłaczającego naddatku odniesień kulturowych, filozoficznych, filologicznych i religijnych, gdyż trzeba to jasno stwierdzić, dzieło Gaimana ma wysoki próg wejścia, niczego nie ułatwia, wręcz przeciwnie, stawia wyłącznie na intelektualne kompetencje i, w domyśle bogaty, bagaż lekturowy czytelnika. Gaiman to po prostu bibliofil, choć to raczej zbyt wąskie określenie biorąc pod uwagę, z jak szerokich kręgów czerpie jego wyobraźnia, człowiek swobodnie bawiący się całością kultury, zarówno wysoką, jak i niską jej odmianą, i tworzący z niej jeden wielki mit nad mitami, szerzej: mitologię z połączenia wszystkich innych mitologii, a więc Nadmitologię, gdzie znajdzie się miejsce dla wszystkiego i wszystkich, obejmującą cały dotychczasowy dorobek kultury (głównie zachodu).