czwartek, 12 września 2019

HELLBLAZER TOM 2

W 2012 roku po raz pierwszy pojawiłem się na MFKiG (co oznaczało też przy okazji pierwszą wizytę w tym cudownym mieście zwanym Łodzią). Jednym z powodów mojego zjawienia się tam była wizyta Briana Azzarello w Polsce. Do dziś pamiętam, jak ściskając przedostatni numer jego runu HELLBLAZERA podszedłem do niego zestresowany i wręczyłem ów lekko wymięty zeszyt do podpisu (to była jedna z pierwszych jego rzeczy, jakie w życiu czytałem). Brian przyjrzał się mu i rzucił tekstem „To ja kiedyś pracowałem nad takim g**nem?” i z uśmiechem mi go podpisał. Żartobliwa opinia scenarzysty o swojej dawnej twórczości trochę mnie wtedy dotknęła. Dziś traktuję ją już inaczej, ale dalej się z nią nie zgadzam. Całość pisanych przez niego przygód Johna Constantine’a to bardzo satysfakcjonująca lektura dostarczająca bardzo niegłupiej rozrywki, mogąca nawet skłonić kogoś do jakichś przemyśleń. 

Tym razem mamy do czynienia z albumem zawierającym w sobie 6 historii – 4 krótsze oraz dwie dłuższe. Wszystkie – poza jedną – dodają coś do naszego rozumienia leitmotivów tego runu, a przy okazji są mniej lub bardziej powiązane fabularnie.

FRANCUSKIE PIESKI I ANGLICY przenoszą nas znowu do przeszłości Constantine’a. Mamy okazję zobaczyć go jako młodego oszusta, który nie myśli o konsekwencjach swoich czynów i możliwości, że narobi sobie przez nie potężnych wrogów. To prosta, zabawna, ale i dość mroczna opowiastka, mająca niezwykle ważny wpływ na całą historię napisaną przez Azzarello z niepokojącym finałem.

W kilku częściowej historii HIGHWATER znowu trafiamy do Stanów. Johna nawiedza Szczęściarz (człowiek, którego śmierć wpakowała naszego maga do więzienia) i prosi go o udzielenie pomoc jego żonie. Ta zaś jest obecnie związana z szefem neonazistowskiej grupy mającej powiązania ze Stanleyem – Amerykaninem poznanym w pierwszej opowieści z tego albumu. Pojawienie się Johna staje się iskrą, która ostatecznie zapala lont i doprowadza do pokaźnego wybuchu. Blondwłosy mag jak zawsze wychodzi z niego jednak bez szwanku, przy okazji otrzymując większość potrzebnych informacji. Dodatkowo z przyjemnością uwidacznia kilka dziur logicznych w narracji amerykańskich neonazistów. 

Kolejne dwie krótkie opowieści szykują już grunt pod finalne starcie pomiędzy Constantine’em a oszukanym przez niego ongiś Amerykaninem. W pierwszej pod tytułem ŚWIEŻA CZERWONA FARBA John spotyka prostytutkę oraz trafia na znanego nam już agenta FBI Turro, który sprzedaje mu kilka ważnych informacji. W PRZEPĘDZANIU DEMONÓW John trafia zaś do baru, a Stanley opowiada o sobie jednemu księdzu. 

POPIÓŁ I KURZ W MIEŚCIE ANIOŁÓW to ognisty i bardzo niegrzeczny finał całego zamieszania. Mamy w nim  czas na śledztwo policji, a także FBI w kwestii śmierci Johna C. w klubie BDSM, domknięcie historii relacji Johna ze Stanleyem będącym pokręconą parodią Bruce’a Wayne’a, trochę magii oraz satysfakcjonujące rozwiązanie akcji.

To jednak nie do końca jeszcze koniec albumu, gdyż dołączono do niego też króciutką opowieść z zeszytu #250 serii HELLBLAZER z udziałem pewnej kozy. Prosta, bardzo zabawna historyjka jest idealną wisienką na tym wyśmienitym komiksowym torcie. Plus oparta jest na ponoć prawdziwie istniejącej klątwie. 

Fabularnie wciąż mamy do czynienia z komiksem czerpiącym garściami z motywów literatury pulpowej czy kryminału noir. Azzarello robi to jednak zawsze w taki sposób, że wydają się one świeże i dobrze wymieszane z nadprzyrodzonymi wątkami. Zresztą podoba mi się, że nie zawsze jesteśmy w stanie powiedzieć, czy w ogóle John użył jakichś czarów, aby doprowadzić do danej sytuacji czy po prostu użył umiejętności ze swojego arsenału kanciarza. Zjawiska nadnaturalne nie są nam też w żaden sposób tłumaczone. 

Sama kreacja Constantine’a odbiega mocno od tego, co prezentowali inni twórcy, ale na pewno nie można powiedzieć, że jest nieinteresująca. Bardzo ciekawym faktem jest to, że scenarzysta tworzy swoją – dość odbiegającą od poprzednich – wersję brytyjskiego maga, a jednocześnie czerpie z mało wcześniej wykorzystanego faktu jego biseksualizmu. Po raz pierwszy o orientacji Johna dowiedzieliśmy się w 1992 roku, ale dopiero w runie Azzarello ten fakt wykorzystano w pełni. 

Za stronę graficzną recenzowanego tomu odpowiadało wielu rysowników: Guy Davis, Marcelo Frusin, Giuseppe Camuncoli, Cameron Stewart oraz Rafael Grampa. Ich style mocno różnią się od siebie, ale ogólnie pasują do opowiadanych historii. Dwie dłuższe opowieści z ilustrował znany z LOVELESS Marcelo Frusin, którego styl bywa lekko kanciasty oraz kreskówkowy. Kreska Guya Davisa ma w sobie coś punkowego, przez co pasuje do opowieści o punkowych początkach naszego głównego bohatera. Camuncoli i Stewart pracowali nad dwoma jednozeszytówkami z tego albumu i niezbyt szczególnie odcisnęli swoje piętno na nich. Lekko brudny styl Rafaela Grampa idealnie zaś odpowiada krótkiej, bardziej dynamicznej oraz komediowej historii, której bohaterem równie dobrze mógłby być Hellboy. 

Oba wydane u nas tomy HELLBLAZERA pisanego przez Briana Azzarello to komiksy warte polecenia. Razem tworzą wciągającą opowieść skupiającą się na ludziach i źle kreowanym przez nich. Azzarello wydaje się mówić, że na Ziemii nie potrzeba demonów czy innych zjaw. My sami jesteśmy w stanie urządzić sobie piekło. Czy jest to oryginalny morał? Oczywiście, że nie. Podano go nam jednak w wyjątkowo przyjemny sposób.  

Omawiane wydanie zawiera zeszyty #162 - 174 serii HELLBLAZER oraz krótką historię z HELLBLAZER #250.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza