wtorek, 6 sierpnia 2019

RED HOOD OUTLAW vol. 1: REQUIEM FOR AN ARCHER

Pochwał skierowanych ode mnie w stronę "odrodzonej" serii RED HOOD AND THE OUTLAWS było całkiem sporo, ale były one w pełni zasłużone. Nie może zatem dziwić w żadnym wypadku decyzja o dalszym śledzeniu tego tytułu, chociaż wraz z numerem 26 komiks ten wkroczył na zupełnie nowe tory. Zawsze jestem zdania, że jeśli coś dobrze funkcjonuje, to po co na siłę jakieś poważniejsze rzeczy w tym mechanizmie zmieniać, ale jak wiadomo nie wszystko zależy od samego scenarzysty. A tym pozostał nadal Scott Lobdell - pozytywne zaskoczenie całego Rebirth - który dalej w roli głównej swoich opowieści umieszcza Jasona Todda. I to tyle, używając terminologii matematyczno-fizycznych, jeśli chodzi o stałe, reszta to już same zmienne. Nowe rozdanie, nowy punkt startowy, ale czy nadal całość dostarcza tyle rozrywki, co poprzednich 25 odsłon?

Ostatnie wydarzenia mocno wstrząsnęły i tak już niełatwym życiem Red Hooda. Nie dość, że stracił dwójkę swoich nietypowych, bliskich pod różnym względem towarzyszy, to jeszcze w wyniku sytuacji z Pingwinem zmuszony został do opuszczenia Gotham City. Batman odwrócił się od byłego Robina, ale w tym samym czasie pomocną rękę wyciągnął jeden z najlepszych przyjaciół. Otwierający omawiany tom annual stanowi pomost pomiędzy tym, co było do tej pory, a tym, co rozpocznie się w zeszycie 26. Roy Harper pomaga pobitemu fizycznie oraz psychicznie Jasonowi dojść do siebie, oferując schronienie oraz wspólną misję, w wyniku której trafiają na chwilę do Chin. Lobdell poświęcił ten zeszyt głównie na ukazaniu niezwykłej więzi pomiędzy dwoma kumplami, dając im ostatnią szansę na przebywanie w swoim towarzystwie przed tragicznymi wydarzeniami, jakie dotkną Arsenala w HEROES IN CRISIS #1. Fani tego duetu bohaterów z pewnością będą zadowoleni.

Cały annual to właściwie bardziej taki zapychacz (jak to przeważnie w przypadku tego typu powiększonych zeszytach), utrzymany w nieco lżejszym klimacie, niż poprzednie odsłony, a do tego ozdobiony bardzo przeciętnymi jak na mój gust rysunkami. Jasne kolory dodatkowo podkreślają, że nie mamy do czynienia z brudnym i mrocznym Gotham. Najbardziej spodobało mi się pięć ostatnich stron dające nadzieję, że może scenarzysta po pewnym czasie wróci do poprzedniego stanu rzeczy.

Idąc dalej wkraczamy już w zupełnie nowy etap, jaki przygotowano dla Red Hooda. Symboliczna zmiana tytułu na RED HOOD OUTLAW, a także kostiumu (jak dla mnie całkiem ok) to nie tylko kosmetyka, gdyż idzie w parze ze zmianą sposobu, w jaki Jason kontynuuje swoją walkę z przestępczością. Wydawało się na początku, że towarzystwo Artemis i Bizarro to jakiś zbędny dodatek dla głównego bohatera, ale wychodzi na to, że wręcz przeciwnie, gdyż wraz z ich odejściem puściły Jasonowi pewne hamulce/blokady. Późniejsze wieści z Sanktuarium stały się dla niego kolejnym ciosem w psychikę, okazją do wyładowania wszelkich skumulowanych wewnątrz emocji na nowym przeciwniku, nowym celu.

Red Hood w wersji 2.0 kontynuuje śledztwo w sprawie przestępczej organizacji o nazwie Underlife, które rozpoczął do spółki z Arsenalem, i które zabiera go na wycieczkę poprzez środkową, aż po południową część USA. Jego sposób zdobywania informacji i techniki walki stały się zdecydowanie bardziej brutalne, obfitujące w więcej krwi oraz ładunków wybuchowych, co oczywiście nie jest dobrą wiadomością dla każdego, kto stanie mu na drodze. Do Punishera jeszcze mu sporo brakuje, ale w pierwszych zeszytach pojawia mi się na moment przed oczami obraz słynnego Franka od konkurencji. Czasy, kiedy Batman miał na niego oko i obwiązywały reguły gry narzucone przez Bruce'a odeszły w niepamięć. Teraz wszystkie chwyty są dozwolone, także używanie miecza oraz jeszcze chętniej - łomu. Ta ostatnia broń to oczywiste i celowe nawiązanie do pamiętnej przeszłości z udziałem Jokera, które siłą rzeczy generuje pytanie o to, jak bardzo nasz bohater zbliżył się do swojego dawnego oprawcy.

Do tej pory siłą RHATO były w głównej mierze relacje pomiędzy członkami Dark Trinity, za czym tęskni się śledząc kolejne strony nowego story arcu. O ile jeszcze początek jest w miarę optymistyczny, o tyle wraz z kolejnymi rozdziałami co raz mniej podobają mi się zabiegi stosowane przez Lobdella. Miało być odcięcie Red Hooda od Gotham, a tymczasem zdecydowano się na gościnne występy postaci, których obecność można było sobie darować. Brakuje również jakiegoś urozmaicenia, dostajemy bowiem powtarzalny schemat z zamaskowanym mścicielem obijającym twarze swoich przeciwników, a do tego najsłabszy wątek całego komiksu - walka z armią klonów Solomona Grundy'ego. Finał śledztwa i samego głównego złoczyńcę (motywacje, wygląd, zachowanie) również zaliczę do minusów, o których jak najszybciej chciałbym zapomnieć. Końcówka obfitowała niestety w nudne sekwencje oraz nielogiczne posunięcia ze strony scenarzysty i mam nadzieję, że mistrza percepcji już więcej nie zobaczymy.

Utożsamiany od początku z tą serią Dexter Soy już niestety nie odpowiada za warstwę graficzną (przeniósł się do BATMAN AND THE OUTSIDERS), co zrodziło pytania odnośnie poziomu i jakości ilustracji. Pałeczkę przejął Pete Woods, któremu udało się wykonać rysunki do wszystkich sześciu numerów głównej historii. Już samo to sprawia, że przynajmniej nie ma tutaj sytuacji, co często ostatnio w przypadku DC się zdarza, iż w trakcie jednego story arcu pojawia się jakiś fill-in artist o zupełnie innym stylu. Woods rysuje solidnie, wprawdzie bez jakichś fajerwerków, ale na pewno nie rozczarowuje wykonana przez niego praca na potrzeby tej serii. Kreska, którą tutaj zastosował nie odbiega jakoś strasznie od tego, co pokazywał Soy, stąd przestawienie się na nowego artystę nie jest jakoś strasznie trudne i szokujące.

Do takich komiksów podchodzi się z obawą i dużą dozą niepewności, czy w obliczu wprowadzonych modyfikacji seria nadal będzie stała na wysokim poziomie. Nadal dobrze się to czyta, ale jakościowo jakby całość spadła gdzieś o półkę niżej w porównaniu do poprzednich czterech wydań zbiorczych. Dużo świeżości, humoru oraz szaleństwa wprowadzali do komiksu Bizarro oraz Artemis, których brak jest wyraźnie odczuwalny. Bez nich Jason bardziej przypomina siebie z okresu, gdy stawiał pierwsze kroki w roli Red Hooda, co nie dla wszystkich miłośników postaci jest powodem do zadowolenia. Komiks ten szybko się czyta, jest nastawiony na akcję, ale najciekawsze są jednak te będące w mniejszości, spokojniejsze momenty i przemyślenia głównego bohatera. Chyba bardziej przypadnie do gustu nowym czytelnikom, niż tym śledzącym serię od początku Odrodzenia. Ostatnia scena przynosi niespodziewany obrót sytuacji, przypomina w pewnym sensie powrót do nieodległej przeszłości i zachęca do sprawdzenia, jak teraz potoczą się losy naszego niesfornego banity. Nie jest źle, ale nie ma tego czegoś, co przyciągało, zaskakiwało i bawiło wcześniej. Dark Trinity wróć.

Opisywane wydanie zawiera materiał z komiksów RED HOOD AND THE OUTLAWS #26, RED HOOD AND THE OUTLAWS ANNUAL #2 oraz RED HOOD OUTLAW #27 - 31.

Omawiany komiks znajdziecie oczywiście w ofercie sklepu ATOM Comics.

Autor: Dawid Scheibe

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza